NAMIESZALIŚCIE W MOIM ŻYCIU

1.4K 21 0
                                        

******

Nieważne ile czynimy, lecz ile miłości wkładamy w czynienie tego. Nieważne ile dajemy, lecz jak wiele miłości wkładamy w dawanie.
[Matka Teresa z Kalkuty]

Około trzeciej nad ranem Hermionę obudziło delikatne popiskiwanie. Kusiciel, który tego wieczoru odżywił się bardzo dobrze, musiał gwałtownie opuścić ciepłe i przyjemne łóżko za sprawą nagłej potrzeby. Dziewczyna wypuściła go z sypialni i pewna, że pies sam znajdzie drogę na dwór, wróciła do łóżka. W pokoju było chłodno, więc gdy znalazła się pod kołdrą, od razu wtuliła się w ciepłe ciało Dracona. Nie chciało jej się spać. Wolała patrzeć się na swego ukochanego. Bardzo delikatnie pocałowała go w rozchylone wargi i pogłaskała po głowie.
Draco westchnął przez sen i odruchowo objął Hermionę. Pocałowała go jeszcze raz i pogładziła dłonią nagą klatkę piersiową. Mężczyzna zamruczał i przez sen zacisnął dłoń na talii dziewczyny.
- Kocham cię - szepnęła mu do ucha. Jej palce błądziły po twarzy młodzieńca. Delikatnie obrysowywała opuszkami palców każdy fragment kochanego oblicza. Nie mogła się powstrzymać. Jej wargi błądziły po jego szyi, policzku i zsunęły się na wrażliwy płatek ucha.
- Uwielbiam cię - wyszeptała.
- I jestem twoja - dodała po chwili zastanowienia, po czym ponownie złożyła pocałunek na jego ustach. W jej zamierzeniu miał być krótki i delikatny, ale przerodził się w coś zupełnie innego, gdyż Draco zaczął na niego odpowiadać.
Po kilku minutach, gdy odsunęli się od siebie, tylko po to, by nabrać powietrza, on spojrzał na nią uważnie i powiedział pewnym głosem.
- Ja ciebie też kocham i... jestem twój. Tak samo, jak ty jesteś moja.
Pocałowała go powoli, delektując się smakiem jego ust. Już nie wstydziła się tak bardzo swoich uczuć. Chciała dawać i brać, a Draco postanowił pozwolić jej na wszystko. Ułożył ją na sobie delikatnie, tak, żeby było jej wygodnie. Głaskał jej plecy, tulił ją do siebie i oddawał jej łagodne, czułe pocałunki. Niespiesznie zsunął ramiączka jej koszuli, pieszcząc kciukami skórę ramion. Jego dotyk niemal ją palił, a jednocześnie koił jej pożądanie. Jęknęła cicho i wtuliła twarz w jego szyję.
- Chcę się z tobą kochać, Miona - wyszeptał. - Ale tak powolutku, delikatnie, jak nigdy wcześniej, kochanie.
- Ja też tego chcę - szepnęła żarliwie - Nawet nie wiesz, jak bardzo cię pragnę, Draco.
Draco przyciągnął Hermionę do siebie i zaczął ja powoli i delikatnie dotykać przez cienki materiał koszulki.
- Zaczekaj, rozbiorę się - wyszeptała i próbowała się odsunąć.
- Nie... tak jest dobrze - szepnął i objął ustami jej sutek. Hermiona jęknęła. Szorstkawy materiał i delikatne ssanie dawało niesamowity efekt. Było jej cudownie. Jeszcze nigdy tak się nie czuła
Oparła dłonie na poduszce i jęczała cichutko. Mężczyzna przewrócił ją delikatnie na plecy i kontynuował słodką torturę. Jego dłoń błądziła po ciele dziewczyny, pieszcząc ją czule przez cienki materiał koszulki. Zanurzyła palce w jego cudownie miękkich włosach i zacisnęła powieki, żeby bardziej i pełniej odczuwać cudowną przyjemność, którą ją obdarzał. Szeptała jego imię i spazmatycznie łapała powietrze. Było jej po prostu wspaniale.
Draco odsunął się od niej i powoli zsunął swoje bokserki, a następnie jej koszulkę. Przez moment przyglądał się jej szczupłemu ciału.
- Jesteś piękna, Miona – wyszeptał, po czym pocałował ją w zagłębienie szyi. Hermiona westchnęła cichutko i ponownie zaczęła rozkoszować się doznaniami.
Jego usta schodziły coraz niżej. Najpierw delikatnie smakował jej skórę czubkiem języka, by później scałowywać mokre ślady gorącymi wargami. Chciał, by Hermiona miała jak najwięcej przyjemności, to miała być jej noc.
Gładził i całował jej brzuch, delikatnie zataczał palcami i językiem kółeczka wokół pępka, ledwie ją dotykając. Hermiona nie miała pojęcia, że ta część ciała może być źródłem takiej subtelnej i silnej za razem przyjemności. Dzięki słodkim pieszczotom kochanka czuła się jak prawdziwa kobieta, czuła się kochana, podziwiana, chciana i to działało na nią tak samo mocno, jak każde dotknięcie i pocałunek Dracona.
Draco delikatnie rozszerzył jej nogi i powoli, delektując się każdą chwilą, wsunął język w jej wnętrze. Hermiona krzyknęła. Jej ciało dopominało się mocniejszych pieszczot, ona sama chciała więcej i szybciej. Lecz gdy tyko próbowała wygiąć biodra, Draco łapał ją bardzo mocno, tak, że nie mogła się ruszyć. On sam chciał dawkować siłę pieszczot.
Rozpalona Hermiona zacisnęła z całej siły dłonie na włosach kochanka, ale to jej nie pomogło. Draco był od niej o niebo silniejszy i zyskała jedynie tyle, że pieszczoty mężczyzny stały się jeszcze bardziej subtelne i wyrafinowane. Muskał czubkiem języka jej gorącą, mokrą kobiecość, sprawiając, że zaczęła krzyczeć w ekstazie jego imię i błagać o to, żeby ją posiadł.
Wreszcie, gdy dziewczyna szlochała pod wpływem kolejnego orgazmu, Draco usłuchał jej błagań. Ich ruchy były powolne, zachwycali się własnymi odczuciami. Uczyli się miłości. Zarówno tej cielesnej jak i tej duchowej. Niepewni każdego następnego kroku pragnęli sprawić, by ta druga osoba wzniosła się na wyżyny - by mogła się rozkoszować pięknem łączącego ich aktu.
Obydwoje starali się subtelnie pieścić tą drugą, kochaną osobę, całowali się, dotykali i szeptali sobie pełne zmysłowej słodyczy słowa. Za każdym razem, gdy Hermiona reagowała gwałtowniej, Draco delikatnie ją uspakajał i przemawiał do niej czule. Był tak łagodny, że dziewczyna nie odczuwała nawet minimum dyskomfortu, a jej doznania były czystą, niezmąconą rozkoszą. Mężczyzna powoli prowadził ją do kolejnego spełnienia. I chociaż wymagało to siły woli, największą nagrodą był dla niego okrzyk, gdy przeżywała apogeum erotycznego uniesienia.
Po wszystkim leżeli wtuleni w siebie, rozkoszując się wzajemną bliskością. Draco już miał się zapytać, czy Hermionie na pewno jest wygodnie, gdy do jego uszu doleciały ciche kroki na korytarzu. I na pewno nie było to człapanie Kusiciela. To był męski, wojskowy chód. Hermiona spojrzała zaskoczona na mężczyznę u jej boku. Ktoś szedł prosto do jej sypialni. Drzwi otworzyły się bardzo powoli...
Wtuliła się w Dracona z lekkim przestrachem i ufnością, mężczyzna jednak postanowił przyjrzeć się temu zjawisku dokładniej. Położył jej palec na ustach i wyszeptał:
- Cii... Herm, nic się nie bój.
Wsunął się pod kołdrę, wciągając za sobą bokserki i koszulkę dziewczyny. Jego niewolnica zamknęła oczy i udawała, że jest pogrążona w błogim śnie. Draconowi było duszno i gorąco, ale umilał sobie czas, gładząc delikatnie brzuch Hermiony, która uśmiechała się delikatnie pod wpływem pieszczoty. Na jej twarz padało blade światło księżyca i wyglądała trochę jak nieziemska istota.

Marcus Flint, który po cichu otworzył drzwi, popatrzył na nią z lubieżnym uśmiechem i powoli ruszył w jej stronę.
Kiedy znalazł się przy łóżku, zaczął się szybko rozbierać i mruczeć do siebie pod nosem. Zamierzał udowodnić tej szlamowatej wywłoce, że jest nikim. Był pewien, że Draco w żaden sposób nie zareaguje. Przecież go znał i wiedział, jaki jest Malfoy. On nigdy nie darował zniewagi, a przecież ona go znieważyła i to już któryś raz z kolei. Wreszcie, gdy miał na sobie już tylko spodnie jednym szarpnięciem odsunął kołdrę i cofnął się przerażony.
- Flint - bardzo cicho i bardzo łagodnie odezwał się Draco - radzę ci opuścić tą sypialnię w mgnieniu oka, inaczej mogę być bardzo nieprzyjemny.
- Panie, ja... - Marcus nie wiedział, co ma właściwie powiedzieć na swoje usprawiedliwienie.
- Bez tłumaczeń, po prostu cię tu nie ma! - warknął, tuląc do siebie nagą Hermionę.
Kobieta wtuliła się w ciało Dracona. Czuła się bezpieczna, wiedziała, że przy nim nic już jej nie grozi.
Gdy tylko za Marcusem zamknęły się drzwi, Draco odezwał się do niej.
- Jutro wracasz do mnie, odzyskujesz różdżkę i będziesz miała osobistą ochronę.
- A...
- Żadne a... Będzie tak, jak mówię. Nie pozwolę, by ktoś skrzywdził moją żonę.
- Ja nie jestem... - Zakłopotana i zdezorientowana, zamrugała powiekami.
- Ale będziesz i to już niedługo.
- Ja... Jak to? - wydukała niewolnica Malfoya, nadal mrugając ze zdziwienia.
- Normalnie głuptasku, chcę cię poślubić... Chyba, że ty nie chcesz, wtedy zrozumiem - dodał nagle niepewnie. Był tak długo dla niej niedobry, że przecież wcale nie musiała się zgodzić.
- Zostaniesz moją żoną? - zapytał z nadzieją, a Hermiona jedynie mocno go objęła.
- Tak, Draco, oczywiście, że tak - powiedziała po chwili łamiącym się głosem. - Jeżeli naprawdę mnie chcesz...
- Hermiono... gdybym nie chciał, nigdy nie dałbym ci pierścionka mojej matki. Kocham cię.
Hermiona wtuliła się w Dracona i już po chwili zasnęła w jego ramionach. Wreszcie poczuła się naprawdę bezpieczna i, co najważniejsze, czuła się kochana, a Draco po raz pierwszy w życiu poczuł, że odnalazł miejsce nazywane przez innych domem. Bo przecież tam dom twój, gdzie serce twoje...

******

Im dłużej pozwala się kobiecie tęsknić, tym bardziej rośnie miłość.
[Ernest Raupach]

Ginny obserwowała jak Lucjusz prowadzi swojego ukochanego kasztanowego ogiera do stajni. Koń nosił wdzięczne imię Dario i był naprawdę dużą, piękną bestią. Szybki i zwrotny, stał się w ciągu miesiąca ulubieńcem Malfoy seniora, co nie znaczy, że mężczyzna zaniedbywał inne konie. Po prostu tego darzył nieuleczalnym sentymentem.
Był wieczór i dziewczyna zadrżała z zimna, szczelniej otulając się szatą.
"Żeby mnie tak poklepał, pogładził i czule do mnie poprzemawiał" – pomyślała, chłonąc wzrokiem Lucjusza, który z zaangażowaniem i poświęceniem krzątał się pośród swoich podopiecznych. Miał słabość do koni i tą słabość, tak jak wiele innych cech, odziedziczył po nim syn.
Ale wobec niej się tak nie zachowywał. Prawdę powiedziawszy, to nawet nie chciał jej widzieć na oczy. Kiedy wrócili do zamku wysłał ją na badania, a gdy tylko potwierdziła się wiadomość o jej ciąży, oddalił ją. Ginny została zupełnie sama. Tylko ona i ta mała istotka, która w niej rosła. Gdyby nie dziecko, dziewczyna załamałaby się zupełnie. Dlatego też dzisiejsze wezwanie było dla niej szokiem. Lucjusz kazał jej stawić się w stajni. Kiedy tylko tam się znalazła, powiedział zaledwie kilka słów:
- Sypialnia o dwudziestej
I na nowo zajął się swym ulubieńcem.
Virginia poszła do siebie ze spuszczoną głową. Nadal wstydziła się tego, że tak haniebnie i bez sensu uciekła, narażając i siebie i dziecko na niebezpieczeństwo, ale czuła też żal z powodu postępowania Lucjusza. Teraz mogła zrozumieć skłonność Dracona do okrucieństwa. Charaktery ojca i syna były bardzo podobne. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na zegar w swojej sypialni; była siódma wieczorem. Westchnęła i postanowiła wziąć długi i kojący prysznic. Pół godziny później zastanawiała się, czy ubrać się jak do snu, czy nie. W końcu zdecydowała się na bawełnianą, bordową sukienkę do kostek z długim rękawem. Strój był prosty i ładny, a na dopasowanej sukience odcinał się już bardzo lekko zaokrąglony brzuszek. Ginny nie założyła bielizny, nie chciała się narażać swojemu panu jeszcze bardziej.

Równo o godzinie ósmej pojawiła się w sypialni Lucjusza. Mężczyzna nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, tylko podpisywał jakieś dokumenty. Kilka minut później zjawił się Blaise, a Ginny zbladła. Miała nadzieję, że Lucjusz nie będzie chciał, by ona... Przecież nie mógł jej kazać.
- Lord chce, żebyśmy zjawili się u niego za pół godziny. Zdążysz?
- Tak. Znalazłeś go?
- Oczywiście, czeka za drzwiami. Mam go wprowadzić?
- Za chwilę.
- No to leć po nią jeszcze i migiem mi z powrotem - dodał Malfoy senior i tylko łypnął na Virginię. Krótko i niemal obojętnie.
Dziewczyna była skonsternowana, dla niej to brzmiało tak, jakby mówili szyfrem. Obawiała się, że ta "ona" to nowa podopieczna Lucjusza, a ten "on" to jej właściciel, chociaż coś jej tu nie pasowało. Po co Zabini miałby po nich „latać"? W końcu był żołnierzem.
Blaise posłał jej uroczy, ciepły uśmiech i puścił oczko. Teraz już zupełnie straciła poczucie rzeczywistości.
- Virginio - powiedział oficjalnym tonem Lucjusz, gdy przystojny podkomendny znikł za drzwiami - dziś czeka cię nowa, wspaniała przyszłość. I nie masz w tym względzie nic do powiedzenia.
Dziewczyna nie potrafiła powstrzymać łez. Teraz była pewna, że Lucjusz chce ją komuś oddać. A jeśli później będzie chciał jej odebrać dziecko... Nie, tego by już nie przeżyła.
- Panie... Błagam, nie oddawaj mnie. Przysięgam, że już zawsze będę posłuszna. Tylko proszę, nie oddawaj mnie....
- Weasley, nie po to cię kupowałem, żeby teraz cię oddać. Od dziś będziesz należała tylko do mnie. Jako moja żona.
Virginia wpatrywała się z zaskoczeniem w starszego mężczyznę. Nie mogła uwierzyć, że on chce się z nią ożenić. Przecież jeszcze niedawno twierdził, że jest dla niego za młoda, a teraz taka propozycja. Nie, to nie była propozycja. To był rozkaz.
- Chcesz mnie poślubić, panie? - spytała z niedowierzaniem. - Przecież jestem tylko niewolnicą i nie musisz robić nic takiego, nawet ze względu na dziecko. Nie musisz mnie czynić swoją żoną.
- Nie muszę, Weasley, tylko chcę, to zasadnicza różnica! Teraz już mi nie zwiejesz, mała czarownico!
Ginny wpatrywała się w niego bez słowa. Do jej mózgu musiały dotrzeć jego słowa. On chciał się z nią ożenić...
- A jeśli obiecam, że nie będę uciekać?
- Chwilę temu obiecałaś, że się mi nie sprzeciwisz, a teraz już to robisz.
- Nieprawda! Ja się tylko pytam...
- To się nie pytaj. Nieważne, co o tym sądzisz, do jutra zostaniesz moją żoną. Pojęłaś?
- Pojęłam, panie - odrzekła cicho, spuszczając wzrok.
- To dobrze - odrzekł mężczyzna.

- Jesteśmy! - Blaise wszedł wraz ze zdziwioną Luną do sypialni Malfoya seniora. - Lavender została w kwaterze (Blaise ja bardzo polubił i została razem z nim i Luną; we trójkę stanowili naprawdę zgraną paczkę), bo trochę źle się czuła, a poza tym wystarczy dwóch świadków, nie trzech.
- No, to zawołaj tego dziada proszalnego, niech nam udzieli błogosławieństwa - wyraził się, bez cienia szacunku dla pastora, Lucjusz.
Zabini uczynił to, co kazał mu przełożony i już kilka minut później Virginia składała przysięgę wierności małżeńskiej Lucjuszowi Malfoyowi.
Luna przyglądała się temu z niemą fascynacją.
- Też chcesz? - spytał pod koniec ceremonii Blaise, uśmiechając się do niej łagodnie.
- To zależy od ciebie, panie - odrzekła niepewnie i spuściła wzrok. Cóż mogła poradzić na to, że się w nim zakochała? Sam był sobie winien, bo okazywał jej dobroć i wyrozumiałość. Najdziwniejsze było to, że zakochała się w nim także Lavender, której okazał niespotykaną wręcz czułość i niezmierzone pokłady dobroci oraz cierpliwości. Luna była zazdrosna, ale tylko troszeczkę.

***

- Dlaczego? - spytał po prostu Lucjusz, parę chwil po tym, jak świadkowie i nieobecny duchem pastor ich opuścili, a Virginia doskonale wiedziała, czego to jedno proste zapytanie dotyczy.
- Bo bałam się, że mnie komuś oddasz, a przecież cię kocham... Wiesz, jak bym się czuła?! - Była bliska wybuchu histerii, a jej błogosławiony stan nie wpływał pozytywnie na stabilność jej nastrojów.
- Ale narażałaś i siebie i dziecko - powiedział już łagodniej.
- Tak, ale gdyby nie ja, Irytek by was tak szybko nie powiadomił... - Dziewczyna spuściła wzrok.
- Słucham? - brwi Lucjusz podjechały niemal do nasady włosów. - Możesz powtórzyć, droga małżonko?
- Ja nic nie mówiłam - mruknęła Ginny, a w myślach przeklinała swój długi jęzor.
- Wprost przeciwnie, mówiłaś. To jak z tym Irytkiem?
- .........
- Ginny?
- Bo ja nie chciałam uciekać. Chciałam, żebyś mnie nie opuszczał i bałam się, że jak dowiesz się o dziecku....
Dziewczyna nie mogła już dłużej mówić, po prostu się rozpłakała.
- No, Ginny, przestań. - Lucjusz Malfoy już całkowicie zmiękł. - Chcesz powiedzieć, że zawiadomiłaś po cichu tego wrednego poltergeista o tym, że uciekacie, po to, żeby mógł nam to wygadać?
Kiwnęła głową przez łzy; nie mogła mówić.
- Głuptasku, co myślałaś, że zrobię, jak dowiem się o twojej ciąży, że cię oddam komuś innemu i zabiorę ci dziecko? Niuniu, nie mógłbym tak postąpić. No, nie płacz już. - Przytulił ją mocno i uspokajająco głaskał po głowie.
- I ostatnio, tak strasznie mnie traktowałeś. Nie chciałeś nawet na mnie spojrzeć - powiedziała z żalem.
- Gin, ja byłem bardzo poruszony tym, że uciekłaś i strasznie się o ciebie bałem, a zachowałem się tak właśnie dlatego, żeby na ciebie nie nakrzyczeć, nie zrobić ci ze złości krzywdy, miałem cały czas napięte nerwy... Bardzo mi na tobie zależy i na naszym dziecku też, już się na ciebie nie gniewam, już dobrze - przytulił ją mocno i pocałował w czoło.
- Poczekasz na mnie pół godzinki? - spytał. - Muszę wyświadczyć drobną przysługę Lordowi.
Ginny skinęła głowa i delikatnie pocałowała Lucjusza. Teraz, kiedy byli małżeństwem, mogła na niego czekać, bo on był tylko jej, tak samo, jak ona była jego. Tworzyli jedność.

******

Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa.
[Jan Paweł II]

Po dość specyficznej ceremonii Sybilla i Remus zostali ponownie odesłani do wspólnej sypialni. Mieli tam czekać na swego...męża. Żadne z nich nie było w radosnym nastroju... Prawdę powiedziawszy, byli wściekli i zamierzali powiedzieć Tomowi, co o nim myślą.
I kiedy rzeczony Tom Marvolo Riddle alias (I am) Lord Voldemort pojawił się w drzwiach sypialni, jego małżonka Sybilla Trelawney (obecnie pani Sybilla Trelawney-Riddle) i małżonek tegoż Remus Lupin alias Dziki Wilczek (obecnie Remus Lupin-Riddle) stanęli przed nim ze zdeterminowanymi minami i rzekli:
- Ty nie liczący się ze zdaniem innych... - Sybilla.
- Poczekaj, ja powiem - to był Remus. - Tom, dlaczego nas nie spytałeś o zdanie? Wiem, że jesteśmy twoimi podwładnymi, ale zmuszanie do małżeństwa to naprawdę przesada...
- A durna, pozbawiona perspektywy powodzenia ucieczka to co? Bo ja nawet na to określenia nie znajduję - odpalił Marvolo.
- To była konieczność, do ciężkiej cholery! - Remus Lupin wybuchł po raz pierwszy od kiedy został złapany.
Było to tak niespodziewane, że nawet Sybilla spojrzała na niego ze zdziwieniem
- A poza tym powiedziałem Irytkowi...
- Ty też?
Po tych słowach, wypowiedzianych przez wróżkę, Tom wybuchł niekontrolowanym śmiechem. Najwidoczniej i Remus i Sybilla nie chcieli uciekać. Nie wiedział jeszcze, że cała reszta „gangu", również na własną rękę, przekazała Irytkowi wieść o ucieczce.
- Jak to ja też?! - Lupin zrobił zdziwioną i zaszokowaną minę, a Marvolo, nadal rozbawiony, obserwował swoich poddanych, no, już teraz pełnoprawnych współmałżonków.
- Ja też powiedziałam - Sybilla wykrzywiła się zabawnie. - To znaczy, zagroziłam, że jak nie wygada o ucieczce, to go nawet z zaświatów będę straszyła. - Tym wyznaniem wywołała istny rechot obydwu mężczyzn.
- No co? - wzruszyła ramionami. - Jakoś sobie w życiu radzić trzeba.
Remusowi jednak zaraz minął dobry humor i zły odwrócił się od Lorda.
- Ja sobie życzę, by to małżeństwo zostało unieważnione - warknął jak przystało na prawdziwego wilkołaka.
- A ja sobie życzę, byś pofatygował swój tyłek do łóżka i...
- O nie! Nie możesz już nam rozkazywać. Ani mi, ani Sybilli.
Remus najwidoczniej nie zdawał sobie sprawy, że Lord nie zmienił się aż tak bardzo, że nadal na dźwięk jego imienia drży większość czarodziei. Ale szybko to sobie uświadomił. Dokładnie w momencie, gdy za sprawą czarów jego ciało zostało przykute do łóżka, a on musiał patrzeć bezczynnie na to, co Lord robi z Sybillą.
- Może i uczyniłem was swoimi współmałżonkami, ale to nie oznacza, że nie musicie okazywać mi szacunku - powiedział chłodno. – Chodź, Syb, kochanie - zwrócił się nieco łagodniej do kobiety.
Sybilla podeszła do niego lekko przestraszona; może i była odważna, ale przecież miała do czynienia z samym Czarnym Panem, i to Czarnym Panem, który nie jest obecnie w super nastroju do żartów.
Marvolo delikatnie dotknął jej brzucha.
- Ile ma? - spytał cicho.
- Och, nie wiem, kilka tygodni, pięć, sześć - odrzekła zaskoczona kobieta.
- Aha, czyli mogę jeszcze się z tobą kochać. Naszemu synowi to nie zaszkodzi.
- To będzie córka - mruknęła cicho Sybilla, zastanawiając się, czy jej wyczyny Lorda również nie zaszkodzą.
- Nieważne czy syn, czy córka, ważne, że będzie potomkiem naszej trójki, a co do siebie, to nie musisz się martwić. Będę w miarę łagodny - szepnął Tom i polizał jej szyję językiem, a następnie odwrócił tak, że stała przodem do łóżka i Remus widział, co się z nią dzieje.
"W miarę łagodny... Łaskawca" - pomyślała kobieta z przekorą.
- Syb, nie narzekaj - cicho szepnął jej do ucha Marvolo. - Wiesz doskonale, że cię nie skrzywdzę.
- Wiem - szepnęła cicho i jęknęła, bo Lord delikatnie zaczął pieścić jej piersi przez cienki materiał jasnej bluzeczki.
Rozebrał bardzo powoli swoją małżonkę i cichym głosem kazał jej położyć się na łóżku, obok Remusa. Lupin zaklął w duchu nad sadyzmem swojego pana. Ale nic nie mógł zrobić, mógł jedynie patrzeć, jak Tom rozbiera teraz siebie. To, co widział, wcale nie działało kojąco na jego zmysły. Wręcz przeciwnie, pobudzało go jeszcze bardziej. A Lord wiedział o tym doskonale. Specjalnie przedłużał moment, w którym pozbywał się swej odzieży i patrzył przy tym wyzywająco w oczy swego małżonka. To była bitwa charakterów. Marvolo wreszcie położył się na łóżku i teraz całą swoja uwagę skoncentrował na Sybilli. Powoli całował jej piersi; językiem zataczał kółeczka wokół napiętych sutek, a dłoń wślizgnęła się między jej uda.
Kobieta jęczała cicho, poddając się wysublimowanej pieszczocie. Objęła swojego męża i wsunęła dłonie w jego jedwabiste, czarne włosy. Zamknęła oczy, aby w pełni czuć i chłonąć wszystko, co z nią robił. Lord schodził wargami coraz niżej, zostawiając wilgotny szlaczek na rozpalonej skórze Sybilli, a Lupina... trafiał jasny szlag gdy na to patrzył. Próbował zamknąć oczy, ale reakcje kobiety sprawiały, że pragnął patrzeć, a gdy patrzył i słuchał, jego zmysły gotowały się jak gorąca, wulkaniczna lawa, tuż przed wybuchem.
Marvolo rozsunął nogi Sybilli, ukląkł miedzy nimi i bardzo delikatnie wszedł w kobietę. Poruszał się w niej powoli, rozkoszując się każdym ruchem. Rozsmakowywał się w przyjemnościach kochania.
- Mocniej! - krzyknęła Trelawney (ups, teraz Riddle), która nie mogła już wytrzymać tej słodkiej tortury.
Lord uśmiechnął się tylko złośliwie i przestał w ogóle się poruszać. Tak. Ta noc należała do niego i on wszystko ustalał.
- Proszę - zaszlochała kobieta.
- Cii, Syb - szepnął Tom. - Powiedziałem, że będę delikatny i właśnie taki zamierzam być. Zaufaj mi.
Sybilla wygięła biodra, przywierając do niego mocno, a mężczyzna przytrzymał ją za pośladki.
- Spokojnie, kochanie - wyszeptał i na powrót zaczął się w niej bardzo powoli poruszać. Jego świeżo poślubiona małżonka jęknęła głośno i przeciągle, a Remus musiał zacisnąć zęby, bo jeszcze chwila i zacząłby wyć z frustracji. Wiedział, że Tom robi to wszystko specjalnie i nie chciał mu dać powodów do zbyt wielkiej satysfakcji. On nie chciał, ale jego ciało nie potrafiło się bronić. Tak samo, jak nie potrafiła tego robić Sybilla, która stawała się w rękach Lorda jak woskowa świeca.
- Proszę - wyjęczała.
- Spełnię twoje prośby, jeśli obiecasz, że już nie uciekniesz.
- Przecież wiesz, że za bardzo cię kocham, by uciekać – wysyczała kobieta i próbowała przyciągnąć go do siebie.
Toma jakby sparaliżowało. Wiedział, że Sybilla jest do niego przywiązana, jest jej z nim dobrze, ale nie sądził, że to jest miłość.
- Kochasz mnie? - spytał zaskoczony.
- A jak myślisz? Może mówię to ot, tak sobie, dla rozrywki? - Sybilla pomyślała, że Tom się z nią droczy, a nie że naprawdę jest zdziwiony.
- Spokojnie, Sybuś, po prostu nie wiedziałem, kochanie. - Lord delikatnie pogładził ją po policzku.
- No, to teraz już wiesz - powiedziała łamiącym się głosem.- Proszę - wyszeptała jeszcze raz.
Mimo silnego podniecenia, Lupin poczuł wzruszenie, słuchając wyznań Sybilli.
- Tak, teraz wiem, kochanie - odrzekł miękko Lord i ją pocałował.
- Ja też cię kocham - wyszeptał cicho.
Po raz pierwszy mówił takie słowa. Jeszcze nikogo nie obdarzył takim uczuciem, lecz to, co czuł do tej dwójki, to właśnie była miłość. Kochał ich. Tą upartą, bezczelna kobietę i tego dumnego, chwilami nieśmiałego i bardzo inteligentnego mężczyznę. I nieprawdą było, że on nie potrafił obdarzyć uczuciem nikogo, on po prostu nie wiedział JAK się to robi.
Sybilla i Marvolo kochali się tak namiętnie, jak jeszcze nigdy wcześniej, a ich głośnie jęki i przyspieszone oddechy jedynie rozbudzały biednego Remusa, który i tak miał już skołatane zmysły. Kiedy usłyszał wspólny krzyk spełnienia swoich dwojga współmałżonków, jęknął z frustracji i szarpnął się na łóżku w bezsilnej próbie uwolnienia swojego ciała z więzów.
Chciało mu się płakać.

Tom i Sybilla powoli dochodzili do siebie, a ich oddechy się normowały. W końcu wzrok Lorda padł na umęczonego Lupina i czarnowłosy zlitował się nad wilkołakiem.
Lord uwolnił go z magicznych okowów i przyciągnął do siebie.
- A co ty do mnie czujesz? - zapytał udając jednocześnie, że to go zbytnio nie obchodzi.
Remus mimo tego dostrzegł, że Tomowi bardzo zależy na jego zdaniu i boi się tego, co ma usłyszeć.
- Z jednej strony cie nienawidzę - Remus uważnie dobierał każde słowo. - Nienawidzę tego, co robiłeś i jaki byłeś dawniej. Nigdy nie zaakceptuję tej części twojej osobowości. Ale z drugiej... kocham cię. Kocham twoje poczucie humoru, twoją dumę, opiekuńczość, wrażliwość. I to, że zawsze masz czas dla innych. Po prostu ciebie, mój... Marvolo.
Tom pocałował delikatnie Remusa i bardzo troskliwie się nim zajął. Pieścił go czule, aż do chwili, gdy mężczyzna osiągnął spełnienie.
Więcej już tej nocy się nie kochali. Potrzebowali jedynie fizycznej bliskości. Marvolo mocno przytulił oboje poślubionych sobie ludzi:
- Namieszaliście w moim uporządkowanym życiu, w którym nie było do tej pory miejsca na miłość.... I bardzo wam za to dziękuję.

Ostatni Bastion |Harry Potter| [REUPLOAD]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz