Mój wyjazd opóźnił się o cały tydzień, Kai zapewne snuje już czarne scenariusze. Nie uprzedziłam go listownie, ponieważ sama nie wiedziałam kiedy będę mogła opuścić Bartson i czy nie dotrę do niego wcześniej niż moja korespondencja.
Ostatnie wydarzenie, którego niestety byłam świadkiem, zamierzałam zostawić w murach miasta i nie roztrząsać ponownie aż do powrotu.
Pierwsze promienie wschodzącego słońca pojawiły się godzinę temu, więc pospiesznie udałam się do miejskiej stajni, gdzie wynajmowałam boks dla swojej klaczy. Koń był niezbędny w podróży, gdyż żadne miasto nie było na tyle blisko by dotrzeć do niego przed zmrokiem, a noc poza murami i bez konia mogło się skończyć tylko śmiercią, tak oczywistą dla wszystkich.
Otwierając bramę i witając się ze stajennym, ruszyłam do odpowiedniej zagrody. Pod nogami rozsypana była słoma, której jeszcze nie zdążono zamieść po porannej zmianie ściółki. Konie rżały z obu stron wyczekując swojej kolei do opuszczenia kojca. Również z tego do którego zmierzałam, czarne oczy mierzyły korytarz. Antracytowa sierść wyróżniała się na tle gniadych i siwych klaczy, z tego też powodu jej imię - Anthra. Przejechałam dłonią po pysku zwierzęcia i otworzyłam furtkę by wyprowadzić już osiodłanego konia.
Długa blizna przecinająca jej oko przypomina mi o dniu, w którym ją znalazłam. Konie były niezbędne, co za tym idzie były drogie i nie ukrywając, nie jest to zwierzę, na które było mnie stać, samo jej utrzymanie pochłaniało moje oszczędności. Odnalazłam ją przy murach miasta, przeżyła noc i miała to szczęście, którego jej właściciel zapewne nie miał. Zakrwawiona z licznymi ranami, ale żywa, siedziała po zachodniej stronie murów. Była nieufnym przypadkiem, lecz wcale jej się nie dziwię, jednak z biegiem czasu nauczyłyśmy się sobie ufać i teraz nie wyobrażam sobie wyruszyć innym koniem.
Po wzięciu jeszcze kilku potrzebnych rzeczy z domu, wsiadłam na klacz i pojechałam w stronę głównej bramy. Mimowolnie spojrzałam w miejsce, w którym stałam, gdy czterech jeźdźców przejeżdżało tą drogą ostatnio. Wzdrygnęłam się na samą myśl, że jeden z nich posiadał sztylet mojej matki, moją rodową pamiątkę, jedyną rzecz z dawnego życia.
Mocniej zacisnęłam palce na lejcach i pojechałam dalej.
Bramę właśnie otwierano, gdy do niej dotarłam, był to dla mnie znak, że jest bezpiecznie. Nie mogłam się jednak pozbyć uczucia niepokoju, gdy stanęłam w przejściu. Anthra również była nerwowa, dlatego wzięłam się w garść i przekroczyłam wejście, znajdując się całkiem poza murami. Poprzednio w stolicy byłam dwa lata temu i od tamtej pory nie byłam w tak dalekiej wędrówce.
Ruszyłam galopem na południe w stronę Zetharu, trzymając się jednej strony muru. Po drugiej stronie rozciągał się gęsty las, do którego tak wcześnie rano nie zamierzałam wchodzić. Ślady pazurów na kamiennej ścianie sprawiły, że przyspieszyłam. Chciałam zawczasu dotrzeć do murów stolicy, by nie martwić się niepotrzebnie nadchodzącą nocą. Anthra była wyjątkowo szybkim i wytrzymałym koniem, nie martwiłam się o jej kondycję, ale jednocześnie musiałam być przygotowana na różne okoliczności.
Najbardziej doskwierał mi brak broni, ale ten problem mogłam rozwiązać dopiero na miejscu.
Zethar był stolicą Południowego Królestwa, ale nawet Północ nie miała tak okazałego miasta, dlatego też król obu Królestw osiadł właśnie tu. Ogrom ten widać już stojąc pod jedną z wielu bram prowadzących do środka. Wysokie i grube mury ciągnące się, wydawać się mogło w nieskończoność po prawej i lewej stronie to właśnie przedsionek do stolicy.
Znalazłam się w środku, uprzednio wpisując się do Księgi Wjazdowej. Tuż przy bramie znajdowało się niewielkie miasteczko. Liczne domy i karczmy były nastawione na przyjmowanie podróżnych, którzy wjeżdżają do miasta najwcześniej wieczorem.
CZYTASZ
Nemrodzi
Fantasy"Odwieczny strach każdego z nas, nazywany przez mieszkańców Zmorami, to potwory niosiące za sobą śmierć, które co noc próbują przedostać się przez mury do miast."
