7

89 21 122
                                        

 Pokój, który został mi przydzielony znajdował się na samym końcu korytarza i był tak niefortunnie usytuowany, że przez cały dzień nie mogłam się odważyć, by opuścić te bezpieczne, cztery ściany. Dotarcie do najbliższego punktu, a w tym przypadku sali z okrągłym stołem, wiązało się z przejściem obok pokoi każdego z członków Kręgu. Nie byłoby to tak wielkim wyzwaniem, gdybym miała pewność, że Chess jest gdzieś w pobliżu, jednak jak na złość okazało się, że chłopak śpi w swojej sypialni ponad powierzchnią ziemi, co w pełni rozumiem, ale aktualnie jest ogromnym minusem.

Przy nim czułam się najpewniej, chociaż nie byłam pewna jaka była jego rola w tym wszystkim.

Zegar wskazywał godzinę siedemnastą, a ja już nie mogłam wysiedzieć w miejscu. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do szafy, w której wisiało kilka ubrań. Ciekawiło mnie skąd zdobyli je w tak krótkim czasie, ale byłam wdzięczna za tą możliwość założenia czegoś świeżego. Wzięłam do ręki prostą, czarną suknie, sięgającą lekko za kolana i weszłam do prywatnej łazienki. Przebrałam się w ekspresowym tempie i stanęłam przed lustrem. Bandaż na ręce udało się ukryć pod dłuższym rękawem, czego nie mogłam powiedzieć o ranie na łydce, która wciąż mocno dawała się we znaki.

Po kilku próbach rozczesania swoich niesfornych włosów, postanowiłam je związać w luźny kucyk, znalezioną tasiemką.

Ostrożnie stawiając kroki doszłam do drzwi i pociągnęłam w swoją stronę, stojąc naprzeciw długiego, pustego korytarza. Po obu jego stronach były rzędy drzwi, a na końcu można było zauważyć rozwidlenie, które było moim aktualnym celem. Najciszej jak potrafiłam stawiałam pierwsze kroki, aż doszłam do dywanu, który zdobił niemal wszystkie korytarze. Instynktownie wstrzymałam oddech, aż do momentu schowania się za rogiem. Czułam się jak kilka lat temu, gdy wymykałam się nocą z pokoju bez wiedzy rodziców.

Misja wydostania się z ciemnego korytarza przebiegła bez większych trudności, zdziwiła mnie cisza jaka panowała dookoła.

Zanim skręciłam w prawo, zajrzałam jeszcze do sali, w której miałam zaszczyt poznać wszystkich Nemrodów, tak jak się spodziewałam była pusta. Dobrą chwilę wpatrywałam się w malutki hol, na którego końcu stały, pnące się w górę, schody.

Wróciłam do początkowego celu i stanęłam przed podwójnymi drzwiami do sali szpitalnej, oczywiście była pusta, jednak korytarz ciągnął się dalej. Ciekawość wygrała i po chwili znalazłam się przed uchylonymi drzwiami, z których biła łuna jasnego światła, ale bardziej zainteresowały mnie odgłosy dobiegające ze środka. Otworzyłam je szerzej i weszłam do środka.

Pomieszczenie było znacznie większe niż przypuszczałam, ale nie większe niż te z okrągłym stołem. Przyłożyłam rękę do serca, które przyspieszyło na widok tych wszystkich urządzeń, aparatury i szafek wypełnionych skrupulatnie opisanymi fiolkami.

Chess, który stał przy blacie, odwrócił się i ściągnął okulary ochronne, gdy zauważył, że to ja uśmiechnął się.

— Śmiało, wchodź. - zaprosił mnie gestem ręki, a ja jak zaczarowana ruszyłam w jego stronę, ale wyminęłam go i zatrzymałam się przy jednym z urządzeń.

— Czy to prototyp mikroskopu? - zapytałam.

— Nie, to nowy model. Jeszcze nie weszły do ogólnego użytku. - moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej na jego słowa, a byłam pewna, że bardziej się nie da. - Skąd właściwie je znasz?

— Przeczytałam w jednej księdze specyfikacje urządzeń badawczych, między innymi mikroskopów. - odpowiedziałam i machnęłam ręką.

Marne opisy i równie niedoskonałe szkice nie mogły się równać z prawdziwym i namacalnym kontaktem.

NemrodziOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz