Siedzieliśmy na zdobionej sofie w salonie, a przed nami stały dwie filiżanki z parującą herbatą. Greta przyniosła je dosłownie przed chwilą, zaraz znów znikając w kuchni, zajęta swoimi obowiązkami. Ja czekałam z niecierpliwością aż Kai się odezwie, po tym jak ujawniłam przed nim pewne skrywane elementy ostatnich wydarzeń.
Chłopak uparcie wpatrywał się w ścianę, zapewne zastanawiając się ile może mi powiedzieć.
— Melley, nie powinnaś być świadkiem ich wypełnianych obowiązków. - wzdrygnęłam się na sam fakt, że użył mojego pełnego imienia.
Jego ton jednak nie brzmiał karcąco, w końcu był to czysty przypadek, że znalazłam się w tamtym miejscu o niewłaściwej porze.
— Wiem, Kai. - westchnęłam. - Ale działają na rzecz ochrony mieszkańców, nie powinni mi nic zrobić, a tym bardziej zabić niewinnego człowieka.
— Mogli to zrobić. Tego człowieka nie zabili bo mieli taką zachciankę, wykonywali swoje zadanie, tobie też mogli coś zrobić, jeśli tylko uznali by, że stanowisz dla nich jakąkolwiek niewygodność.
Słowa szatyna obijały mi się echem gdzieś w umyśle. Rzeczywiście wtedy czułam, że jestem jedną nogą w grobie, ale dopiero gdy ktoś powiedział o tym wprost, przeraziłam się nie na żarty.
— I mówiłaś, że jednego z nich skaleczyłaś sztyletem? - spojrzał na mnie z lekko uniesioną brwią. - Za atak na strażnika mogą ci odciąć ręce, oczywiście w najlepszym przypadku tylko jedną.
Spojrzałam rozszerzonymi oczami na chłopaka, który powstrzymywał się przed wybuchem śmiechu. Uderzyłam go w ramię, za to, że się ze mnie nabija, ale gdy Kai się roześmiał, ja również to zrobiłam.
Resztę wieczoru spędziliśmy rozmawiając na błahe tematy i pijąc gorącą herbatę, która w tak pochmurne i zimne dni była niezastąpiona.
Rozeszliśmy się do swoich sypialni dopiero po kolacji. Przebrana w zwiewną koszulę nocną, położyłam się na miękkim łóżku i patrzyłam w sufit, jednocześnie nasłuchując coraz to mocniejszej burzy. Dopiero gdy wiatr uspokoił się na tyle, że krople deszczu nie biły w szyby, a stanowiły przyjemną melodię, sen wygrał.
Jeden obraz stale pojawiał się w moim śnie, nie dając spokoju, nawet po obudzeniu się rano, jeszcze przed wschodem słońca. To był jeden, krótki urywek, z którego niewiele potrafiłam wyciągnąć. Było jasno, choć na niebie świeciły gwiazdy, patrzyłam w dal, chociaż niewiele widziałam. Ciemny koń jechał środkiem ścieżki, która prowadziła w moją stronę, ale zamiast zbliżać, oddalał się. Czułam wszechogarniające mnie przerażenie, chociaż nie wiedziałam co tak naprawdę się dzieje i czy cokolwiek mi zagraża. Jedyne co potrafiłam robić, to patrzeć na oddalającego się jeźdźca.
Sen się powtarzał całą noc, ale dopiero zaraz po przebudzeniu, pojawił się nowy szczegół, którego do tej pory nie wychwyciłam. Znak Nemrodów, który jaśniał w pomarańczowym świetle na ciemnej pelerynie.
Byłam pewna, że to nie był zwykły sen, a wspomnienie, które nie potrafiłam z niczym powiązać.
Do wschodu nie zmrużyłam oczu, udało mi się to dopiero nad ranem, ale nie trwało zbyt długo, ponieważ wypoczęty Kai wszedł do środka i odsunął zasłony, na co jęknęłam niezadowolona.
— Jadę dziś do pałacu, będę uczestniczyć w radzie. Nie powinno to trwać dłużej niż do południa, ale może się przedłużyć jeśli pojawią się głosy sprzeciwu. - mówił nieprzerwanie, ściągając ze mnie puchową kołdrę, mimo moich protestów. - Jak będziesz miała chwilę wolnego czasu, na przykład teraz, to odbierz przesyłkę ze sklepu zielarskiego, zaadresowaną do mnie. Pan Winc to mój dobry przyjaciel, już go poinformowałem o twoim przyjściu.
CZYTASZ
Nemrodzi
Fantasy"Odwieczny strach każdego z nas, nazywany przez mieszkańców Zmorami, to potwory niosiące za sobą śmierć, które co noc próbują przedostać się przez mury do miast."
