Ludzi, którym udało się przetrwać tę noc, odnaleźliśmy przy wieży oddalonej o dwa kilometry od wioski. Większość schroniło się w środku grubych murów, ale już zaczęli wychodzić na zewnątrz, patrząc w stronę płonących domów z nadzieją na pojawienie się bliskich, którzy jeszcze nie dotarli do schronienia.
Miałam złe przeczucie, że wśród nich nie znajdzie się matka małej dziewczynki, ale każdy z nich kogoś stracił tej nocy. Wyłapałam z tłumu kilka sióstr zakonnych i ruszyłam w ich stronę, zostawiając za sobą Krąg. Nie chcieli niepotrzebnie się zbliżać, a ja nie mogłam poświęcić zbyt dużo czasu na upewnienie się, że dziewczynka zostanie pod należytą opieką. Spojrzałam na jej lekko rozchylone wargi i spokojny wyraz twarzy, spała jak kamień od paru minut.
Zeszłam z konia, uważając by jej nie obudzić i podeszłam do zakonnic, które już zdążyły zgromadzić małą grupkę zagubionych dzieci w różnym wieku. Upewniłam się ostatni raz czy kaptur, aby na pewno się nie zsunął i zbliżyłam się do pulchnej kobiety z serdecznym uśmiechem, mimo zatroskania i strachu, które czaiły się w niej głębiej. Była to tylko maska, dzięki której dzieci mogły poczuć się odrobinę pewniej.
Odgarnęłam blond loczki z czoła dziewczynki i złożyłam delikatny pocałunek w tym miejscu.
— Znalazłam ją w płonącym domu, proszę się nią zająć. - zaczęłam.
Kobieta ostrożnie wzięła ode mnie dziecko, które wciąż spało owinięte w niebieski koc.
— Jeszcze jedno. - wtrąciłam, widząc, że kobieta zaczęła się oddalać. - Proszę nakładać jej to raz dziennie na rączkę, to na oparzenia.
Podałam kobiecie maść, którą nawet nie wiem kiedy wpakowałam do saszetki przy pasie, a która teraz bardziej się przyda jej . Dziewczynka miała dość brzydko wyglądające oparzenie na dłoni, a maść była dobrym sposobem na szybsze gojenie i uniknięcie zakażenia.
Stałam tam jeszcze chwilę po tym, jak kobieta odeszła. Czułam się po prostu źle z tym, że ją zostawiam, ale nie mogłam zrobić dla niej nic więcej. Odwróciłam się z bólem w stronę klaczy i wdrapałam się na jej grzbiet. Dołączyłam do oddalających się Nemrodów, nie jechaliśmy szybko, wszyscy dostaliśmy nieźle w kość i potrzebowaliśmy chwili wyłączenia się, resetu. Ja patrzyłam przed siebie na pierwsze promyki światła, które dawało słońce mimo, że wciąż nie wychyliło się ponad horyzont. Wczułam się w równy chód wierzchowca i próbowałam wymazać obrazy rozszarpanych, ludzkich ciał pod stopami, które pojawiały się za każdym razem, gdy przymykałam powieki, a które ciążyły mi coraz bardziej.
Parę minut drogi od wioski płynęła rzeka i tam zatrzymaliśmy się, by zmyć pozostałości po walce. Nie była tak zimna jak myślałam, ale to przez to, że góry były oddalone spory kawałek od tego miejsca. Wszędzie wokół były lekkie wzniesienia i bujnie rosnące łąki.
Zdjęłam buty i gołymi stopami weszłam do strumyka, dzięki czemu poczułam się rześko, choć na chwilę. Pozostali zmywali krew z rąk i z twarzy, która zdążyła zaschnąć. Woda wokół nich zaczęła przybierać różowy kolor. Popatrzyłam na swoją nogę, która wciąż lekko krwawiła, mimo niegroźnej rany. Nabrałam wodę, robiąc łódeczkę ze złożonych dłoni i syknęłam, gdy spotkała się ze skazą na łydce. Nieprzyjemne uczucie tak szybko jak się pojawiło, tak szybko znikło. Zmyłam większość krwi i wróciłam na brzeg, czekając na resztę. Przymknęłam powieki i oparłam czoło o zgięte kolana, dając sobie chwilę na odpoczynek przed dalszą wędrówką.
Wzdrygnęłam się czując zimne palce na gołej skórze. Podniosłam głowę i obserwowałam jak czyjeś dłonie ostrożnie wiążą supełek na owiniętym wokół mojej łydki materiale. Rimer na mnie nie spojrzał, założył prowizoryczny opatrunek i wstał, idąc w stronę konia. Jego koszulka była poszarpana i znacznie krótsza z jednej strony, przez co było widać zarys jego mięśni brzucha. Prawdopodobnie właśnie stąd wziął materiał na bandaż. Uśmiechnęłam się, bo naprawdę zrobiło mi się miło na ten gest.
CZYTASZ
Nemrodzi
Fantasy"Odwieczny strach każdego z nas, nazywany przez mieszkańców Zmorami, to potwory niosiące za sobą śmierć, które co noc próbują przedostać się przez mury do miast."
