6. Zgubne nadzieje

95 27 41
                                        

     Upalna aura utrzymywała się jeszcze przez kolejne dwa tygodnie, podczas których do Sennen Cove zjechało sporo turystów. W miasteczku brakowało luksusowych kurortów albo choćby średniej jakości hoteli, toteż przyciągało w większości podróżnych z plecakami, często przemieszczających się autostopem. Nic dziwnego. Komunikacja między miastami ledwo żyła, a najbliższe lotnisko znajdowało się ponad czterdzieści mil stąd. Był to jedyny czas w roku, kiedy Sennen Cove nabierało życia. Obecność turystów cieszyła Melanie. Dzięki nim, myśli mieszkańców przestały skupiać się na jej powrocie.

W połowie sierpnia, po tygodniach spędzonych na bezsensownej wegetacji wśród czterech ścian pokoju, Melanie po raz pierwszy zdecydowała się wyjść sama z domu. Wstała wcześnie, choć w nocy prawie nie zmrużyła oka. Mimo gorąca włożyła długie spodnie i koszulkę z rękawami sięgającymi palców. Nie zapomniała też o czapce z daszkiem. Żałowała, że ostatniego lata zgubiła okulary przeciwsłoneczne, bo i te z chęcią by założyła. Wszystko, byleby tylko jakoś się zakamuflować.

Miała szczęście — rodzice zajmowali się ogrodem, więc mogła bez wymówek wymknąć się na zewnątrz. Słońce stało już dość wysoko, więc gdy tylko wyszła z cienia, zaatakował ją niemiłosierny skwar. Trzymając się pobocza, zeszła na niższy poziom miasteczka. Tutaj jej dobra passa się skończyła.

Główna ulica Sennen Cove nie była wcale opustoszała. Tu i ówdzie przemieszczali się ludzie — w większości turyści, ale zobaczyła też wiele znajomych twarzy. Przede wszystkim starsze sąsiadki, ale też kilka osób w jej wieku, które jakimś cudem ostały się jeszcze w tej zapadłej dziurze.

Pochyliła głowę, próbując ukryć oblicze pod daszkiem czapki, skuliła się mimowolnie i przyspieszyła kroku. Serce zaczęło walić jej jak młotem, a żołądek boleśnie się skręcił. Istniała szansa, że jej nie dostrzegą albo pomylą z kimś przyjezdnym.

Nadzieja matką głupich. Minęła pierwszy lokal, piekarnię, a wychodzące z niej kobiety w średnim wieku przystanęły przy wejściu i zaczęły szeptać za jej plecami:

— Że też nie ma wstydu się tu pokazywać...

— Słyszałaś nowinę? Ponoć nawet w latarni jej nie chcieli. Niżej już upaść nie można...

Melanie zacisnęła zęby i udawała, że nie słyszy. Podobne teksty padły jeszcze kilka razy. Starsi ludzie reagowali na nią z oburzeniem, czasem nawet wykonywali znak krzyża na jej widok, za to dużo młodsi albo ci w jej wieku, z którymi kiedyś uczęszczała do jednej szkoły, śmiali się z niej i zerkali z kpiącym pożałowaniem.

— Penrose już na wolności? Uważajcie, może poluje na kolejnego barana — żartowała wnuczka jednej z sąsiadek, która wraz z paczką znajomych kierowała się na plażę.

Obok knajpy z daniami rybnymi wyminęła ostatnie stare plotkary:

— Widzisz, kochana, owoc z zewnątrz może ładny i apetyczny, ale w środku? Zgnilizna i robactwo.

— Jak myślisz, kiedy się stąd wyniesie? Robi miastu złą reklamę. W zeszłym roku było zdecydowanie więcej turystów, a wystarczy, że się pokazała i od razu zmiana na gorsze. Przynosi pecha!

Z tym jadowitym komentarzem odbijającym się echem w jej głowie, zeszła po wyszczerbionych kamiennych schodach do portu. Prawie wbiegła na długi pomost, starając się nie patrzeć w prawo na powoli zaludniającą się plażę. Doszła do samego końca i przysiadła na ostatniej belce. Pod jej trampkami chlupotała krystaliczna woda, która skrzyła się w słońcu i raz po raz raziła ją w oczy. Melanie oparła się o wystający obok pal i wpatrzyła się w horyzont. Morze spokojnie falowało; kuter Wilsona powinien lada chwila wypłynąć zza masywnego klifu, za którym ukryta była zatoka i miasteczko.

AgapeOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz