11. Wzburzone wody

94 22 101
                                        

     Tej nocy nie tylko spała jak dziecko, ale również śniła. Nie pamiętała zbyt wiele po przebudzeniu, ale jeden widok utkwił w jej myślach — niebo koloru wrzosu i lawendy. Kiedy rankiem otworzyła oczy, od razu spojrzała w stronę okna, ale dostrzegła za nim jedynie ciemno-szare kłębowisko chmur, zasłaniające dopiero co wzeszłe słońce.

Była... wyspana. Ostatni raz czuła się tak krótko przed zwolnieniem z pracy w latarni. Zapomniała już, jakie to przyjemne uczucie obudzić się i nie mieć wrażenia, że jest się o połowę starszym, niż się faktycznie było.

A potem przypomniała sobie, co dało jej ów dobry sen. Obok niej nie było już telefonu, a w uszach nie miała słuchawek. Obie te rzeczy leżały na nocnym stoliku; mama lub tata musieli do niej zajrzeć po powrocie do domu.

Na samą myśl, że William czytał jej do snu... poczuła, jak jej policzki robią się podejrzanie ciepłe. Odwykła od czyjejś dobroci i bezinteresowności; nie wliczała w to oczywiście rodziców, bo to jednak rodzina, a Will? Will był obcym mężczyzną, którego tak na dobrą sprawę prawie w ogóle nie znała. Dlaczego był dla niej taki miły? I pomocny? A jeśli...

Pokręciła gwałtownie głową, chcąc wyrzucić z myśli ten niedorzeczny pomysł. Co też jej nagle strzeliło, żeby wymyślać takie bzdury?! Mimo to...

Wygramoliła się spod koca i od razu zadrżała, czując chłód bijący od nieszczelnego okna. Deski zaskrzypiały pod jej stopami, gdy podeszła do lustra na drzwiach szafy i przyjrzała się swojemu odbiciu.

Worki pod oczami zbladły i zmniejszyły się nieco, jednak cała reszta przedstawiała ten sam obrazek zaniedbania: rozczochrane włosy, teraz sięgające już nieco poniżej podbródka (tak obstawiała, ciężko było stwierdzić, gdy każdy kosmyk skręcał w inną stronę), wymięte i niechlujnie rozciągnięte ubrania, całkowicie zmatowiałe spojrzenie i pełne usta przez zdecydowaną większość czasu zamknięte i niewzruszone niczym kamień. I to nie tak, że wyglądała tak tylko zaraz po wstaniu. W ciągu dnia wcale nie było lepiej.

Patrząc na swoją zdecydowanie za chudą sylwetkę i zobojętniałą twarz, wiedziała już, że to, co przed chwilą przyszło jej do głowy, było zwyczajnie niemożliwe. Jedynym logicznym wytłumaczeniem zachowania Hawkinsa było to, że... najpewniej kierowała nim litość.

Z trudem przełknęła tę gorzką myśl i odeszła od lustra. Chwyciła telefon i włączając komunikator, bez namysłu podeszła do ładowarki. Podpięła komórkę do kabla, a potem otworzyła okno czatu z Hawkinsem. Zaskoczona, zobaczyła ostatnią wiadomość od mężczyzny, która sama musiała oznaczyć się jako odczytana:

H: Słyszę, jak spokojnie oddychasz, więc zgaduję, że zasnęłaś. Rozłączę się teraz. Śpij dobrze, Melanie.

Poczuła dziwne mrowienie w żołądku, takie... przyjemne. Trwało zaledwie sekundę, ale było dla niej niezłym zaskoczeniem. Ostatni raz czuła coś podobnego dobrych kilka lat temu.

Powinna była mu podziękować, napisać choć słowo, okazać jakoś swoją wdzięczność, bo w końcu dzięki niemu po raz pierwszy od kilku miesięcy przespała spokojnie całą noc, ale zamiast tego wystukała pierwsze, co przyszło jej na myśl:

M: Powtórzymy to jeszcze?

Nie czekała na odpowiedź. Ze wstydem odłożyła telefon i już zamierzała schować się z powrotem pod kołdrą, kiedy usłyszała dźwięki żywej rozmowy prowadzonej na parterze. A dokładnie to uniesiony głos swojej matki. Zaciekawiona, podeszła do drzwi i otworzyła je ostrożnie, tak, aby nie wydały żadnego dźwięku.

— ...podporządkowywać całego życia! — fuknęła matka, a jej głos był na korytarzu świetnie słyszalny. Gorzej z odpowiedzią taty:

— Wiesz, że to się może źle skończyć, prawda? — zapytał z prawdziwym przejęciem. — Po co nam dramaty w same święta?

AgapeOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz