9. The City, pt.1

65 4 50
                                        

9. The City, pt.1




Dzień, w którym wyruszyli na ich małe polowanie przyszedł prędzej, niż Jisung tego oczekiwał. Nieznane miasto przyprawiało go o dreszcze, a trzymana w dłoni większa i cieplejsza od jego dłoń Minho dodawała jedynie niewielki smaczek otuchy, gdy na ugiętych kolanach skradali się tuż za Chanem i Changbinem między szeregowcami z szarych cegieł oraz kamienicami z czerwonych; wszystkie budynki wybrakowane w pewnych miejscach, żaden nie pozostał w pełni nienaruszony.

Han podejrzewał, że w pewnym momencie ich tutejszego życia gubernator musiał zakomenderować zbombardowanie miasta. Tylko to tłumaczyłoby ilość szkód.

Ku jego zdziwieniu nie wszystko wyglądało tak bezludnie oraz przerażająco, jak dzielnica, którą zdążył zwiedzić na własną rękę pierwszej nocy.

Przed nimi rozciągał się sporych rozmiarów dziedziniec wyłożony kostką w stanie prawie że nowości, gdzieniegdzie pojedyncze źdźbła trawy przebijały się przez wypełnione piaskiem łączenia, budka koło budki porozstawiane dookoła, zostawiając pusty plac, aby ludzie mogli się na nim swobodnie przemieszczać, a były ich setki.

Całe targowisko wypełnione gwarem oraz śmiechami, kupcy przekrzykiwali się, oblatując w piórka, jakich to dobrych towarów nie mają, lepszych nie znajdzie w całym kraju, inni klęli pod nosem, gdy młode kobiety nawet nie spojrzały na ich wyroby.

Nie tego się spodziewał. Czy Minho nie wspominał, że wszystko zostało zniszczone przez gubernatora, a jedyny sposób na przetrwanie, to siedzenie cicho, jak mysz pod miotłą oraz cichcem zdobywanie potrzebnych materiałów oraz wałówki?

- Nie sądziłem, że będzie tu tak... - Han zaczął, głos cichy, gdy skanował otoczenie. Jego zdziwienie nie uszło uwadze bruneta, który ścisnął mocniej jego dłoń i pociągnął w tylko jemu znanym kierunku.

- Spokojnie? Żywo?

Han skinął energicznie głową.

- Nasza kryjówka jest zbyt blisko siedziby gubernatora, dlatego nie ma tam praktycznie ani jednej żywej duszy – Minho odparł, głos nieco ponad szeptem w obawie, że usłyszą go nie te uszy, co powinny. Han Jisung słuchał jednak nad wyraz uważnie.

- Dlaczego akurat tam?

- Jak to mówią, najciemniej pod latarnią, prawda? – Lee posłał mu szeroki koci uśmiech i przyspieszył kroku, Chan z Changbinem dawno zniknęli w tłumie.

Przedzierali się przez ludzi dosyć mało delikatnie, jakaś kobieta stanęła Hanowi na nogę, starając się odzyskać równowagę po trąceniu jej przez Minho, chwilę później starszy mężczyzna z brodą sięgającą do połowy klatki piersiowej o mało nie wyrwał Hanowi kępki włosów ze złości, za to, że na niego wpadł.

Całe szczęście Minho wyciągnął go z jego szponów w samą porę, kontynuując swoją tajemniczą wędrówkę, dopóki nie zostali całkowicie sami.

Plecy Jisunga oparte o filar zaciemnionego krużganka, tworzącego spokojny tunel tuż za straganami, samotny pająk zwisał na starannie utkanej siedzi nieco nad ich głowami.

Nagle cały gwar i szmer targowiska ucichł, ustąpił niosącemu się przerażająco po pustych ścianach krużganka echu ich zziajanych oddechów, charczących w wartko unoszących się piersiach.

- Co tutaj robimy? Gdzie Chan i Changbin? – Jisung zapytał, starając się unormować oddech, potylica uderzyła lekko o filar, gdy przymknął nagle oczy.

[ON HOLD] Time To Go Home [The Universes System, Book 2]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz