6. That Voice
„Lix? Felix?!"
Jisung uniósł się nagle, jego oczy przybrały rozmiary monet pięciozłotowych, szok malował się w jego źrenicach, zaś nadzieja utkała szklaną sieć na jego gałkach ocznych.
Był pewien, że ten niski szmer, łaskoczący jego umysł w tak znajomy sposób, tak delikatnie, lecz donośnie zarazem, mimo jego nieklarowności, należał do osoby, którą mógł nazwać swym pierwszym prawdziwym przyjacielem.
„Lix! Odezwij się błagam!"
Jisung całkowicie zignorował ciekawskie spojrzenia, przepełnione skonfundowaniem oraz troską grymasy goszczące na twarzach obecnych, posiłek dawno zapomniany. Według nich zapewne wyglądał, jakby właśnie postradał wszystkie zmysły.
„Han Jisung, słyszysz mnie?"
Jisung zagryzł policzek od środka, rozczarowanie przemykało przez jego rysy na przemiennie ze zrezygnowaniem; opadł bezradnie na kanapę i westchnął.
Czyżby miał omamy słuchowe? Ten głos wcześniej zdecydowanie brzmiał, jak Felix, nie mógł się mylić, jednak teraz zastąpił go kobiecy, dźwięczny ton wypełniony zmartwieniem, o wiele jaśniejszy i zrozumiały. Znajomy, lecz nie na tyle, co ten należący do drogiego mu Opiekuna.
- Ji, wszystko w porządku? – ciepło ręki Minho muskało jego udo, brunet wpatrywał się w niego z przejęciem godnym kochanka, jego okrągłe czekoladowe ślepia badały strukturę twarzy rudowłosego, jakby usiłował odnaleźć źródło jego nagłego zerwania się i wyplewić siłą swojego spojrzenia.
Quasi mężny rycerz na białym koniu, tyle że nie na białym i nie na koniu, a na paskudnej, kaleczącej oczy, poniszczonej, niebieskiej kanapie z bułką w wolnej dłoni, zamiast piki czy miecza, gotowy, aby wepchać ją do jego otworu gębowego w razie potrzeby.
- Oh, to... Myślałem, że coś sobie przypominam, ale to był fałszywy alarm – Jisung zaśmiał się niezręcznie, przegubem pocierając obliźnione paskudnie lico w zażenowaniu, jego wyboista struktura przewracała żołądek do góry nogami w mdlącej manierze. Całe szczęście nie planował spoglądać w lustro w najbliżej przyszłości, a najlepiej już nigdy. Wolał oszczędzić sobie bólu.
Changbin posłał mu nieufne spojrzenie, ciemna grzywka rzuciła cień na przymrużone podstępnie oczęta, gdy odłamywał kawałek pieczywa, aby chwilę później umoczyć go w powolnie znikającej zupie. Jego przeszywający wzrok wycisnął nerwową kroplę potu na skroń rudowłosego.
Han stąpał po cienkim lodzie. Na środku oceanu. Podczas gęstej mgły. W nocy.
Bezradny, skonfundowany i poddający się sidłom matki paniki, jej cyniczny śmiech buzował w jego uszach w postaci nieprzyjemnego szumu.
Changbin wiedział, lecz nie sprecyzował, ile dokładnie i ta nutka niewiedzy sypała sól na jego świeżo opatrzone rany. Na co mógłby sobie przy nim pozwolić, było jedną wielką niewiadomą; enigmą nie do rozszyfrowania.
- Nie przejmuj się, Jisung, masz na to całą wieczność – Chan rzucił nonszalancko, ciepły uśmiech gościł na jego pulchnych wargach i gdyby nie efekt, jaki wywarły na Hanie, poczułby odrobinę ulgi, gdyby rzeczywiście starał się odzyskiwać jakiekolwiek wspomnienia, zwłaszcza gdy te oczekiwane przez nich były dla niego permanentnie niedostępne.
Chan pchnął jego podświadomość w głębiny paranoi, insynuując czas, jaki miał Jisung; samotna kropelka potu na jego skroni spłynęła niepostrzeżenie, znikając na linii włosów. Dał mu nadzieję, że może jednak spotkał tego prawdziwego, znanego mu Bang Chana, świadomego, kim tak naprawdę był rudowłosy oraz kosmicznej długowieczności jego żałosnego życia.
CZYTASZ
[ON HOLD] Time To Go Home [The Universes System, Book 2]
FanfictionPodczas Wielkiej Wojny między Wieloświatami, powrócił pokój, lecz Ziemia uległa zniszczeniu, a wielu poległo na polu bitwy. Midgard został odcięty od reszty na piętnaście długich lat, zapewniając spokój i bezpieczeństwo pozostałym, aczkolwiek nagle...
![[ON HOLD] Time To Go Home [The Universes System, Book 2]](https://img.wattpad.com/cover/290743899-64-k776808.jpg)