25.

1K 81 30
                                        

"Były spojrzenia, które trwały chwilę za długo. Były momenty ciszy, w których wszystko wydawało się łatwiejsze, a jednocześnie trudniejsze."

Nie sądziłam, że można przyzwyczaić się do czyjejś obecności w tak krótkim czasie — a jednak. Odkąd zachorowałam, Laura pojawiała się u mnie codziennie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Za każdym razem przynosiła coś nowego — raz gorący rosół, innym razem miód, imbir oraz siatkę cytryn, a jeszcze innym zaległe materiały.

Przywykłam do samotności. Do cichego mieszkania, w którym jedynym dźwiękiem były kroki Berniego. Ale Laura... Laura wniosła ze sobą coś, czego nie umiałam nazwać. Ciepło? A może po prostu swoją obecność — tak naturalną, że cisza przestała być ciężarem.

W niedzielę przyszła po południu, akurat gdy kończyłam gotować. Tym razem to ja chciałam ją zaskoczyć. Dzień wcześniej wybrałam się na zakupy, żeby przygotować prawdziwe spaghetti bolognese. Nie to ekspresowe, z gotowym sosem ze słoika, ale takie, które wymaga czasu i cierpliwości. Kluczem nie było mięso, lecz sos.

Na rozgrzanej oliwie podsmażyłam drobno posiekaną cebulę i czosnek, aż stały się złociste. Dodałam startą marchewkę i drobno posiekany seler naciowy, a gdy warzywa zmiękły, dorzuciłam mięso. Obsmażyłam je przez chwilę, po czym wlałam odrobinę czerwonego wina. W kuchni uniósł się głęboki, aromatyczny zapach, a ja patrzyłam, jak alkohol powoli odparowuje. Potem przyszła kolej na pomidory i passatę. Zmniejszyłam ogień i pozwoliłam sosowi leniwie bulgotać, jakby nigdzie się nie spieszył.

Usłyszałam ciche pukanie. Wytarłam dłonie o kuchenny ręcznik i podeszłam do drzwi.

—Dzień dobry! — przywitała mnie, jak zawsze z uśmiechem na twarzy.

Zdjęła płaszcz, odstawiła torbę na podłogę i wciągnęła powietrze, marszcząc lekko nos.

— Ojej, a cóż tu tak pięknie pachnie?

— Mam nadzieję, że jesteś głodna — powiedziałam.

— Nawet nie wiesz jak bardzo.

— To świetnie się składa. Usiądź w salonie, potrzebuje jeszcze 15 minut.

Odwróciłam się, wracając do kuchni, ale Laura nawet nie drgnęła. Nie była typem gościa, który grzecznie czeka przy stole. Ledwie zdążyłam sięgnąć po drewnianą łyżkę, już stała obok mnie, zaglądając do garnka z sosem.

Uniosłam łyżkę, nabierając odrobinę gęstej, aromatycznej mieszanki. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, otworzyła usta, gotowa spróbować.

— Uwaga, gorące — ostrzegłam.

Zamknęła usta wokół łyżki i przez ułamek sekundy zamarła. A ja... nie powinnam była patrzeć tak uważnie. Nie powinnam była czuć tego, co poczułam. Ale było już za późno.

Przełknęła i westchnęła cicho, jej oczy rozbłysły autentycznym zachwytem.

— Matko, to jest genialne. Chyba zacznę przychodzić do ciebie na obiady.

Zaśmiałam się, ale w mojej głowie zawisło to jedno zdanie. Jakby gdzieś tam, w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, mogło to być możliwe.

Chyba zacznę przychodzić do ciebie na obiady.

Odsunęłam myśli na bok, próbując skupić się na tym, co było tu i teraz. Zastanawiałam się, dlaczego wszystko, co robiła Laura, miało w sobie taką magiczną siłę. Stała tu, w mojej kuchni, z tą swoją energią, śmiechem, spojrzeniem pełnym ciepła i uwagi. W dodatku była moją nauczycielką, a to wcale nie było takie proste.

Czerń i bielOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz