Poczuł jak ktoś szarpie go za ramię. Otworzył oczy i przez chwilę mrugał, by przystosować wzrok do ciemności. Widział przed sobą twarz strażnika, który przyglądał mu się z wyraźnym lękiem. Pewnie jakiś nowy, pomyślał. Może ma z dziewiętnaście lat, nie więcej.
– Chodź. – Najwidoczniej chłopak starał się nadrobić kiepskie pierwsze wrażenie groźnym tonem.
Zszedł z pryczy, chwilę przytrzymując się ściany. Poczuł drętwienie w nogach, skutych łańcuchami. Młodziak przypiął łańcuch do jego kajdan i zasłonił mu oczy. Poczuł jak włosy opadają mu na czoło.
Szli w milczeniu przez kamienny korytarz, co jakiś czas brodząc w kałuży, by po chwili wchodzić po stromych schodach. Zawsze wiedział, że podziemia Restandora są rozległe, lecz teraz nie umiał sobie przypomnieć rozkładu korytarzy. Jeszcze parę lat temu umiałby go wyrecytować z pamięci, ale teraz czuł pustkę w głowie.
– Klęknij.
Nie miał czasu na reakcję, został pchnięty na kolana. Ktoś rozpiął jego kajdany, zdarł z niego koszulę i spodnie, a następnie poczuł na skórze zimną wodę. Gąbka była szorstka, drażniła skórę. Później został ogolony, a jego włosy zostały przystrzyżone. Poczuł jak zdzierają mu opaskę z oczu. Ten sam strażnik co wcześniej kiwnął głową w stronę półki z ubraniami.
– Ubierz się.
Ze zdziwieniem spojrzał na czysty komplet szykownych ubrań. Czarne spodnie i ciemna koszula, granatowy kaftan oraz zloty pas. Co to ma znaczyć? Zakładając te ubrania czuł się jak ktoś obcy, ktoś kto umarł dawno temu... Oprócz tego założył czarne, skórzane buty. Strażnik podszedł do niego i zacisnął mu na szyi czarną, skórzaną obrożę. Poczuł się jeszcze bardziej upokorzony niż dotąd.
– Załóż mi jeszcze wędzidło – warknął zachrypniętym głosem. – Bym ci przypadkiem nie uciekł.
– Coś ty powiedział? – Chłopak spurpurowiał i zamachnął się na niego końcówką łańcucha. Poczuł mocne uderzenie w żuchwę, a następnie jej pulsowanie. Zabolało, ale i tak chciał mu coś jeszcze powiedzieć. Za to wszystko, co zrobili mu podobni, młodzi, głupi ludzie, uważający, że wiedzą coś o tym, kto ma rządzić krajem.
– Patricku, proszę nie bić naszego drogiego gościa. – Do pokoju wszedł jeszcze jeden strażnik. – Król Restandor nie chce, by stała mu się krzywda. A teraz chodźmy, nie każmy Jego Królewskiej Mości czekać.
Poczuł pchnięcie i ruszył do przodu. Wyszli już z lochów i zaczęli iść reprezentacyjnymi korytarzami. Zmrużył oczy z powodu nadmiaru słońca. Co chwilę zauważał żołnierzy, pełniących wartę. Naliczył ich z sześćdziesięciu. To nawet nie jedna setna z tego co on ma, pomyślał. Chociaż przez te lata coś mogło się zmienić...
– Co z Evelyn? – zapytał, kiedy przestała go boleć szczęka. Jego głos nadal był słaby, ale to była ostatnia rzecz o którą się martwił. – Żyje?
Młodszy ze strażników chciał coś powiedzieć, ale ubiegł go starszy.
– Jej Wysokość czasami bywała zbyt ruchliwa jak na nasz gust, ale i na to znalazły się sposoby.
Poczuł jak krew uderza mu do głowy. Jeśli to prawda, jeśli coś zrobili z Evelyn... Poczuł się okropnie ze sobą. Dlaczego ją zawiódł? Dlaczego przegrał tę walkę? Dlaczego pozwolił na te wszystkie okropieństwa, które musiała przeżyć?
W końcu otworzono przed nim ciemne drzwi, za którymi stał człowiek, którego zdążył znienawidzić całym sercem. Człowiek, który spowodował wszystkie ich problemy, przez którego on Nicolas z rodu Duncanów znalazł się w niewoli. Fałszywy Król Restandor.
CZYTASZ
Lenora Duncan
FantasiPrzed tym jak wrzucę "prawdziwy" opis - ostrzegam, że to jest KONIARSKIE FANTASY, które wzbudziło u paru osób zachwyt swoją abstrakcyjnością XD. Pisałam to, gdy miałam 12-16 lat (to, co widzicie to jest trzecia wersja) i historia pochodzi z tego sam...
