Rano budzę się bardzo wyspana w dużym i miękkim łóżku. Louis właśnie zapina granatową koszulę, stojąc przed lustrem.
- Dzień dobry - ziewam przeciągając się.
Mężczyzna odwraca się do mnie i podchodzi bliżej. Pochyla się, a ja daję mu buziaka, zresztą bardzo leniwego.
- Chciałeś iść podglądać prezenty - oskarżam go.
- Oczywiście - uśmiecha się. - Idę na dwór, muszę coś sprawdzić. Ubierz się, Camille.
- Ale gdzie uciekasz? - pytam smutno.
- Do ogrodu. - Podaje mi rękę i pomaga wstać.
Kiwam głową i idę wziąć prysznic kiedy brunet opuszcza sypialnie. To nie jest długa kąpiel, ale orzeźwia mnie. Owijam się ręcznikiem i staję na białym chodniczku, żeby wysuszyć włosy. Decyduję się na czarne rurki i biały,puchaty golf. Ciepłe, wygodne i ładne. Biorę kosmetyczkę, w której mam wszystko i maluję się, ale naprawdę delikatnie i krótko. Zbiegam na dół do salonu, czując zapach naleśników. Och, ktoś chyba czyta mi w myślach. Uśmiecham się pod nosem, akurat w tym momencie do domu wchodzi Louis obsypany śniegiem.
Śmieję się na ten widok i zajmuję miejsce przy wyspie w kuchni. Gosposia w wieku mojej mamy, podaje mi talerz z naleśnikami. Wyspa kuchenna jest pełna pyszności. Nie wyjdę dzisiaj z tego pomieszczenia. Zabieram się za jedzenie, gdy Louis całuje mnie w szyję. Jest zimny jak sopel lodu.
- Idź sobie! - Piszczę.
- Nie pamiętam, żeby był pan tak szczęśliwy, panie Tomlinson - przyznaje cicho gosposia.
Patrzę na kobietę radośnie, a potem na Louisa. Oczywiście udaje, że nie usłyszał. Siada obok mnie i również zabiera się za jedzenie. Na dodatek dostajemy dwa metalowe, czerwone kubki z gorącą czekoladą i bitą śmietaną. Wybucham śmiechem gdy widzę jakie wąsy tworzą mu się z piany. Pochylam się nad stołem i zbieram je językiem.
Louis daje mi krótkiego buziaka i wstaje. Razem z czekoladą idziemy do salonu, gdzie pod choinką leżą prezenty. Mogę dostrzec torby od świetnych projektantów, ale też sporo innych rzeczy. Lou wskazuje na spore pudełko, więc kucam i odstawiam kubek, żeby móc otworzyć prezent. Okazuje się to być Mac'iem. Różowym.
- Jaki śliczny.. - biorę pudełko do rąk i oglądam dokładniej. - Dziękuję.
- Nie masz za co. Przyda ci się do pracy. Tylko, że posiada hasło, które musisz odgadnąć - uśmiecha się delikatnie i siada na fotelu.
- Och poważnie?- patrzę na niego niedowierzająco. - Proszę wskazówkę.
- To co kochasz - mówi. - Otwórz kolejne pudełko.
- Teraz twoja kolej - podaję mu małe pudełeczko. Też kupiłam mu kilka prezentów, ale to niewiele w porównaniu z tym co ja dostanę od niego. Czekam aż otworzy i zobaczy spinki do koszuli z wygrawerowanymi jego inicjałami. Gdy byliśmy na wyspach to zgubił podobne, a wiem, że bardzo je lubił.
Obserwuję Louisa, który uśmiecha się dostrzegając prezent. Wyjmuję spinki i od razu zapina jw w mankietach. Łapie mnie za rękę i przyciąga, tak że staję między jego kolanami.
- Dziękuję - mówi.
- Mam nadzieję, że ci się podoba i następne też będą.
- Tak. - Całuje mnie w dłoń i uśmiecha się, po czym puszcza, bym mogła zobaczyć prezenty. Biorę do rąk kolejne duże pudełko, lecz ono jest lekkie. Okazuje się być pudełkiem w pudełku. Jest ich, aż cztery i w tym najmniejszym zauważam kluczyki.
- Naprawdę? Kupiłeś mi auto?
- Zamówiłem unikat.
- I zobaczę go dopiero po powrocie? - jęczę zrezygnowana.
- Stoi przed drzwiami - odpowiada i kończy pić gorący napój.
Zrywam się na równe nogi i biegnę przed dom. Rzeczywiście jest. Najlepsze auto jakie kiedykolwiek widziałam. Różowe audi, bardziej amarantowe niż jaskrawe, z czarnymi elementami. Wygląda jak kabriolet i chyba się nie mylę. Odblokowuję auto pilotem i siadam na miejscu kierowcy. Jestem trochę mokra od śniegu, ale nie przeszkadza mi to. Kładę dłonie na kierownicy.
- Cześć maleńki. Mamusia będzie o ciebie dbać.. - mówię czułym głosem.
Boże, mam swoje pierwsze w życiu auto, na dodatek specjalnie dla mnie. Tylko dla mnie. Nikt takiego mieć nie będzie. Nie mogę się powstrzymać i całuję kierownicę. Siedzę tak jeszcze chwilę i wracam do domu. Ląduję na kolanach bruneta z szerokim uśmiechem.
- Chyba jesteś zadowolona. - Kładzie dłonie na moich biodrach.
- Bardzo. Najbardziej na świecie - całuję go.
To bardzo długi i wdzięczny pocałunek. Naprawdę... nie spodziewałam się aż takiego prezentu. Jest jedyny w swoim rodzaju.
- Musiałeś wydać majątek - szepcze w jego wargi.
- Czym jest majątek, skoro ty się uśmiechasz?
- To nie fair, ty nie dostajesz takich fajnych prezentów.
- Oczywiście, że dostaję. Nie muszą być duże, by były od serca. Ja po prostu lubię cię rozpieszczać. Uważam, że na to zasługujesz.
- Więc pora na następny - schodzę z niego i idę po następne opakowanie.
- Test ciążowy? - żartuje.
- To raczej nie byłby prezent - kręcę głową i otwieram pakunek za niego. W środku jest album. Skompletowałam zdjęcia jego z ojcem. Wszystko starannie obrobiłam, żeby nie uległo zniszczeniu.
Louis ogląda zdjęcia zaskoczony. W końcu o ojcu powiedział mi kilka dni temu, ale wcześniej już wpadłam na ten pomysł. Nie raz o nim wspominał. Domyśliłam się, że jest dla niego ważny.
Louis odkłada ostrożnie album i przyciąga mnie do siebie, żeby pocałować. Oplatam jego szyję, aby tylko się nie odsuwał. Właśnie na taką reakcję liczyłam. Chciałam żeby mu się spodobało.
– Teraz ja mam coś dla ciebie – mówi i odsuwa się.
Podchodzi do choinki i z jednej z gałązek ściąga kopertę. Po chwili mi ją wręcza, wzdychając cicho.
– Przeczytaj jak będziesz sama.
- Dlaczego tak? - czuję dziwny niepokój.
– Po prostu. Będzie ci się łatwiej skupić i zrozumieć.
- No dobrze - kiwam głową i odkładam papier.
Lou całuje mnie w czoło i uważnie obserwuje, gdy rozpakowuję kolejne prezenty. To sukienki, buty, zegarek, trochę kosmetyków oraz perfumy. Mam wrażenie, że nie pomieszczę tego w naszej sypialni. A na pewno nie w garderobie i wtedy dostrzegam kolejny kluczyk. Zawiązany na różowej wstążce zwisa z gałązki.
Klękam, żeby móc go dosięgnąć i znowu siadam na tyłku.
- Chyba nie chcesz, żebyśmy mieszkali osobno...
– To klucz od twojego pokoju, w którym będziesz miała wszystko, czego potrzebujesz. To znaczy... Czego potrzebuje kobieta.
- Zdecydowanie mi się przyda przez twoje rozpieszczanie.
Kiwa głową, a ja się uśmiecham. To cudownie, że o tym pomyślał. Nie chcę, byśmy wchodzili sobie w drogę.
- Jak ja się z tym wszystkim zabiorę.. - kręcę głową oglądając wszystko po kolei.
Przez całe przedpołudnie podziwiam prezenty, jakie dostałam i cieszę się nawet z najmniejszego. Louis postanawia zabrać mnie na spacer, więc wstaję zostawiając wielkiego misia i idę się ubrać.
Na dworzu jest ładna pogoda, ale temperatura sięga grubo poniżej zera. Wychodzimy z parceli, trzymając się za ręce. Za nami rusza Paulo, ale trzyma się kilka metrów dalej wraz z Martinem. Wiem, że Louis nigdy nie wychodzi bez obstawy.
CZYTASZ
Godfather |LT
FanfictionNie prosisz z szacunkiem. Nie proponujesz przyjaźni. Nie zwiesz mnie Ojcem chrzestnym. You don't even think to call me Godfather. Nigdy nie wpadaj w gniew. Nigdy nie stosuj groźby. Przekonuj ludzi. Przyjaciel nigdy nie powinien zbyt wysoko oceniać n...
