Rozdział 17

208 21 9
                                        

TY

Minął już tydzień od wycieczki, więc trzeba było wracać do szkoły. Ubrałaś się, zjadłaś śniadanie i, jak zwykle przedtem wyrzucając resztki psu sąsiadów, wyszłaś z mieszkania, zamykając je na klucz.

Schodząc po brudnych, szarych schodach i patrząc na wyblakłe ściany, wspomniałaś swoją rozmowę z Namjoonem i westchnęłaś głęboko.

Nie miałaś pojęcia, że aż tak ostro zareaguje. Odmówiłaś mu, myśląc nie o sobie, lecz głównie o nim i o tym, co twój brat-psychopata mógłby mu zrobić.

Wzdrygnęłaś się.

Nie chciałaś nawet o tym myśleć.

Miejmy nadzieję, że Namjoon zmieni zdanie -pomyślałaś. - Nie mogłabym stracić kogoś takiego, jak on.

Otworzyłaś drzwi na zewnątrz i zobaczyłaś w nich chłopaka o czerwonych włosach, patrzącego prosto na ciebie.

Czy ja go gdzieś już nie widziałam?- Zastanowiłaś się, jednak po chwili odgoniłaś tę myśl i wyminęłaś go szybkim krokiem, spiesząc się.

Twoja droga nie była zbyt długa - była idealnej długości na dwie piosenki i chwilę rozmyślań, co dodatkowo ułatwiał widok parku, obok którego zawsze przechodziłaś. Nieważne, jaka była pora roku i jaka pogoda, tam było pięknie przez cały czas.

Gdy jedna z piosenek już się skończyła, poczułaś na swojej twarzy powiew wiatru zwiastującego pierwsze bezchmurne i słoneczne dni tego roku. Wciagnęłaś nosem świeże powietrze i ruszyłaś dalej, rozkoszując się pięknem otaczającej cię przyrody i myśląc nad swoim życiem, które, jak dotąd, nie dawało ci odpocząć ani chwili.

Czasem zdawało ci się, że twoje istnienie to jedna wielka tragedia antyczna i nieważne, co byś zrobiła, i tak skończy się jedną wielką porażką.

Po pewnym czasie dotarłaś do celu - małego, dość starego liceum nad brzegiem rzeki. Wszystko wyglądało aż nader spokojnie - było zdecydowanie zbyt wcześnie, by zaczął się zgiełk normalnego, przeciętnego dnia. Słońce dopiero wyglądało zza horyzontu. Jego promienie okalały budynek i jego otoczenie tak, że wszystko wydawało się świecić własnym blaskiem. Niebo było usłane niemal wszystkimi kolorami tęczy. Kilka ptaków przeleciało prosto nad twoją głową, trzepocząc swoimi ciemniejszymi od reszty ciała skrzydłami.

Otworzyłaś ciemnobrązowe, ciężkie drzwi i weszłaś do środka. Odłożyłaś swoją kurtkę, zmieniłaś buty i poszłaś na górę, do swojej ulubionej klasy - klasy, w której na środku stało drewniane pianino. Położyłaś swoją torbę na podłodze obok instrumentu i zaczęłaś grać tą samą melodię, co zwykle.

Napisałaś ją całkiem niedawno - zaledwie kilka miesięcy temu, tuż przed zakończeniem wakacji. Znałaś już ją na pamięć tak, jakby była częścią ciebie już od samego początku. Jednak mimo wszelkich starań, nie byłaś w stanie wymyślić dla niej tytułu. Po prostu nic nie przychodziło ci do głowy - jedynie jedna, wielka pustka.

Może kiedyś...

Podskoczyłaś na swoim stołku, przestraszona- w całej szkole rozległ się dzwonek oznajmujący początek lekcji o 7 rano, na które zwykle chodziła większość ludzi z twojej klasy, więc zabrałaś plecak z podłogi i pognałaś w kierunku swojej klasy, kilka razy prawie wybijając sobie zęby.

Dotarłaś na miejsce w idealnym momencie- akurat gdy usiadłaś na swoje miejsce, nauczycielka weszła do klasy.

Wszyscy wstaliście, kłaniając się jej z szacunkiem. Po chwili młoda kobieta odwzajemniła pokłon i rozpoczęła się godzina męki, a dokładniej mówiąc - godzina nauki historii, której nienawidziłaś najbardziej na świecie. Miałaś nadzieję, że nie zwróci ona zbytnio uwagi na ciebie i twoje rysunki w zeszycie, który właściwie stał się już twoim szkicownikiem, zważając na to, że tylko 1% niego było wypełnione historią.

Po 10 minutach, które dłużyły ci się jak wieczność, ktoś zapukał do drzwi.

-Proszę!- Powiedziała nauczycielka, lekko poirytowana tym, że ktoś przerwał jej jakże "fascynującą" lekcję.

-Dzień dobry. Czy mógłbym zwolnić (twoje imię)?- Powiedział ktoś z wyraźnie amerykańskim akcentem.

Słysząc swoje imię, szybko podniosłaś wzrok znad zeszytu, nie kończąc jednego ze swoich dzieł, którym był piesek zadziwiająco przypominający Jack'a Russela twoich sąsiadów.

W drzwiach stał wysoki mężczyzna o szerokich ramionach i dość krótko przyciętych, ciemnych włosach. Miał bardzo jasne, niebieskie oczy - wyraźnie było widać, że jest obcokrajowcem, nawet jeśli się nie odzywał. Coś w jego twarzy wyróżniało się aż tak, że dopiero po dłuższej chwili zauważyłaś jego ciemnogranatowy mundur i błyszczącą, złotą odznakę przypiętą na piersi.

-Ależ oczywiście, proszę bardzo.

Cały czas zdziwiona, zaczęłaś pakować swoje rzeczy do swojej zniszczonej, skórzanej torby, a następnie podniosłaś się z miejsca i, otoczona przez głośny szmer rozmów twoich kolegów z klasy, wyszłaś, zamykając drzwi.

-Tak?- Zapytałaś, unosząc brew.

-Przykro mi, że muszę panią zabierać z lekcji, ale...- zaczął, widocznie się zacinając.

-Może pan przejść na angielski- przerwałaś mu.- Mieszkałam kilka lat w Ameryce, także wszystko zrozumiem.

-Dziękuję- uśmiechnął się, zawstydzony.- Dopiero się uczę. Ekhem- mina znów zmieniła mu się na poważna zaledwie w ułamek sekundy.- Przyszedłem powiadomić panią o nieco przykrej sytuacji...

Podejrzewając, o co może mu chodzić, przerwałaś mu raz jeszcze:

-Proszę nie owijać w bawełnę.

-Ech, dobrze- zawahał się chwilę, wziął głęboki oddech i powiedział - Pani ojciec zaginął kilka miesięcy temu. Wiem, że to dość dawno, ale pani matka nalegała, byśmy powiedzieli pani o tym dopiero teraz.

Mimo tego, że już o tym wiedziałaś od dłuższego czasu, smutek i poczucie winy ani trochę nie zmalały. Czułaś się odpowiedzialna za to wszystko - podejrzewałaś, że to właśnie przez ciebie został porwany twój ojciec.

Tylko czemu?

Policjant spojrzał na ciebie, uważnie przyglądając się twojej minie. Zmarszczył brwi i, po chwili rozmyślań, zapytał:

-Czy Pani może coś o tym wie?

Zawahałaś się. Wiedziałaś, że powinnaś mu to powiedzieć, ale te słowa nie chciały wyjść z twoich ust. Bałaś się, nie wiadomo dlaczego.

Wzięłaś głęboki oddech. Opanowałaś trzęsące się ręce i zaczęłaś:

- Kilka miesięcy temu...

W korytarzu rozległ się dźwięk dzwonka. Dopiero po chwili zorientowałaś się, że jest o wiele za wcześnie, by lekcje się skończyły.

Obcokrajowiec zareagował błyskawicznie. Wpadł do klasy i wykrzyknął:

-Pożar! Przygotujcie się do ewakuacji!

Jednak było już za późno. Mimo tego, że nasza klasa była w miarę opanowana, z reszty pomieszczeń na korytarz zaczęli wylewać się ludzie.

I właśnie tak rozpoczęło się piekło.
___

Naprawdę przepraszam, że tak długo, ale nie byłam w stanie inaczej. Nie dosyć, że nawał sprawdzianów, to na dodatek brak weny, a, jak wiecie, zawsze chcę wam dać jak najlepszy rozdział, jak tylko możliwe.

Nie obiecuję kiedy dodam następny - sami dobrze wiecie, że to nie zależy ode mnie.

Do zobaczenia w następnym rozdziale! ❤

Please Don't Die.Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz