— Pamiętajcie, żeby uważać na Trójkę. To on zdobywa najwięcej bramek i jest najbardziej niebezpieczny — mówił Alexis, kiedy reszta drużyny kończyła się przebierać — a ich bramkarz ma podobno największy problem z niskimi piłkami. Wychodzimy pierwszym składem jak zawsze.
W szatni panował o dziwo spokój. Nikt nie mówił tego na głos, ale wszyscy się stresowaliśmy, zwłaszcza maturzyści, jako że jest to ich ostatni mecz w barwach naszego liceum. Mogę się założyć, że każdy z nas odczuwał niesamowitą presję. Cała szkoła liczyła i pokładała w nas nadzieję. Oczywiście, że znalazły się osoby twierdzące, że nie mamy szansy na wygraną, jednak ta pierwsza grupa zdecydowanie przeważała. Niby były to tylko szkolne rozgrywki, ale i tak chcieliśmy pokazać się z jak najlepszej strony i dowieść, że te wszystkie piekielne treningi nie poszły na marne.
— Chodźmy już na boisko, będziemy mieli więcej czasu na rozgrzewkę — powiedział poważnie Alain. Jeżeli nasz drużynowy żartowniś nie miał ochoty na wygłupy, to naprawdę coś znaczyło.
Wyszliśmy z budynku i skierowaliśmy się na ogrodzone boisko. W tym roku to my byliśmy gospodarzami rozgrywek, dlatego mogliśmy liczyć na dużą publikę i doping. I tak właśnie było. Dookoła siatki stały tłumy ludzi z przeróżnych klas i roczników. Mecz odbywał się po lekcjach, dzięki czemu nikt nie musiał wyglądać z okien w salach na wynik meczu, ani czekać na dzwonek na przerwę.
Podczas rozciągania rozglądałem się po przybyłych. Wśród wszystkich osób dostrzegłem tę jedną, przez którą porzuciłem resztę ćwiczeń i podbiegłem do ogrodzenia.
— Co ty tutaj robisz? — spytałem Cartiera lekko zdyszany.
Próbowałem dostrzec w nim jakieś zmiany, ale nic takiego nie znalazłem. Włosy, bordowe, część spięta, a część rozpuszczona. Oczy, zielone i piękne. Skóra, blada, ale nie wyglądająca niezdrowo. Żadnych worów pod oczami, czy przekrwionych białek.
— Co mi się tak przyglądasz? — Zaśmiał się przyjaźnie. Widok uśmiechu na jego twarzy sprawił, że sam w duchu poczułem, jakby słońce wyszło zza chmur.
— Cieszę się, że cię widzę. — Patrzyłem na chłopaka, jakbym nie widział go kilka miesięcy, a nie dni.
— Tak się za mną stęskniłeś, że napuściłeś na mnie wczoraj tych dwóch mięśniaków? — zapytał, wskazując głową Victora i Alexisa.
— A to akurat nie moja sprawka, tylko ich własna inicjatywa. — Zachichotałem, w myślach dziękując im za odwiedzenia Cartiera, bo najwyraźniej dużo mu to dało. W końcu to jego najlepsi przyjaciele, oni mogą wszystko.
— Musisz wygrać, inaczej uznam, że bezsensu ratowałem cię tyle razy przed gniewem Alexisa, bo się spóźniałeś na treningi.
— Innej opcji nie ma. — Wyszczerzyłem się.
Czego ja się wcześniej bałem? Odtrącenia, ignorowania, gniewu ze strony Cartiera? Przecież to wszystko jest niemożliwe. Nie u niego. Niezależnie od sytuacji powinienem zawsze pamiętać, że Cartier to nie jest zwykły człowiek. On jest aniołem.
— Przepraszam. — Czułem, że powinienem to jeszcze raz powtórzyć. Oparłem głowę o siatkę i tak zastygłem.
— Przestań i idź na rozgrzewkę, inaczej Alexis wywierci w mojej głowie dziurę.
Odwróciłem głowę i faktycznie — mój brat patrzył spod byka na naszą dwójkę, a jego wzrok zdecydowanie mówił, że mam wrócić do ćwiczeń.
— Trzymaj kciuki — rzekłem i już miałem odbiec, kiedy kątem oka zauważyłem Nathana.
Wyglądało na to, że już dłuższą chwilę przyglądał się mojej rozmowie z Cartierem. Patrzył na mnie z nieodgadnioną miną. Nie było tam złości, ale na jego twarzy zarazem nie gościł uśmiech.
CZYTASZ
Młody
Teen FictionVincent jest posiadaczem dwóch braci, wrednego futrzaka i uczuć, które ulokował w niewłaściwej osobie... W osobie, którą zna od lat W osobie, która jest chłopakiem... W osobie, która jest przyjacielem jego starszego brata... Zapraszam do czytania pr...
