Byłam w jakimś miejscu. Odziwo przypominało mi niebo. Stałam na chmurach, a w górze widniało niebieskie niebo. Szłam przed siebie nie wiedząc gdzie idę. Kiedy szłam już przed siebie jakieś 10 minut. Ujrzałam dwie postacie stojące na przeciwko mnie. Szłam do nich niepewnie, po chwili dwie postacie zaczęły przypominać moich zmarłych rodziców. Zaczęłam biegną w ich stronę, ale oni się oddalali. Kiedy już byłam na skrajach wytrzymałości. Oni sami się przybliżali.
-Via...
Patrzałam na nich z przerażeniem, byli cali bladzi, a z ich serc wypływała czerwona ciecz.
-Via oni cię zabiją...
Nagle ekran się rozmazałam, a moim oczom ukazał się morderca, trzymał nóż. Wziął zamach i już przed oczami przeleciała mi cała przyszłość gdy...
Drrr... drrr... budzik nie dawał mi spokoju budząc mnie z tego koszmaru. Wygramoliłam się z mojego mięciutkiego łóżeczka. Poszłam do szafy, aby założyć jakieś pierwsze lepsze ciuchy.
Kiedy ubrałam się potuptałam na dół z walizkami. Tak dzisiaj wyjeżdżam do Los Angeles. Do mojego starego domu. Domu. Czy to był prawdziwy dom ? Nie. Więc nie wiem czy mogę go nazywać domem. Ale wychowałam się w nim, więc chyba można go tak nazwać.
Kiedy zadzwonił dzwonek szybkim krokiem poszłam w stronę drzwi. W progu drzwi stał w samej osobie mój braciszek. Tak tam stał ten trol Collin.
-Oo kogo ja tu widzę. Gdzie się podziewałeś tyle czasu ?!
-Eyy no siostra, tak witasz swojego KOCHANEGO braciszka ?
-Dobra dobra, później będziesz się tłumaczyć.
Zza pleców Collina wyszedł Tommy z czerwoną różą w ręku.
-Cześć skarbie.- przywitał się mój romantyk składając czuły pocałunek na moich wargach.
-Z jakiej to okazji ?- spytałam Thomasa, biorąc do ręki kwiat.
-A z żadnej. Co już swojej dziewczynie kwiatów nie można dawać ? Dla takiej różyczki jak ty można dawać nawet sztabki złota bez okazji. Jak gotowa ?
-Zawsze i wszędzie.
Poszliśmy w stronę auta mojego chłopaka. Otworzył mi drzwi i wsiedliśmy do samochodu. Cóż za dżentelmen. Po chwili usłyszałam dźwięk silnika i ruszyliśmy.
Po 20 minutach byliśmy jużna lotnisku. Wzięliśmy swoje bagaże i szliśmy w stronę samolotu. Powoli wchodziłam po schodach, aby się nie przewrócić. Zajęłam swoje miejsce, obok mnie usiadł Tommy, a obok niego Collin. Miałam nadzieję, że Dylan przyjedzie, ale od świąt się nie odzywa. Po chwili usłyszałam przyjemny męski głos : ,,Proszę zachować spokój, właśnie startujemy". Ułożyłam się wygodnie, włożyłam słuchawki do moich uszów i puściłam piosenkę Eda Sheerana-Happier. Poczułam ciepło na ręce. Spojrzałam w jej stronę i zobaczyłam ręke Thomasa na mojej spojrzałam w stronę twarzy blondyna, a na jego twarzy gościł szeroki uśmiech.
-Nie martw się, wszystko będzie dobrze.- powiedział obejmując mnie ramieniem.
Po tych słowach zamknęłam oczy i zasnęłam.
Obudziłam się słysząc ponownie ten sam głos pilota: ,,Proszę zachować spokój, schodzimy do lądowania".
Spojrzałam w stronę Thomasa, który wpatrywał się we mnie. Dalej zobaczyłam śpiącego Collina, a po jego policzku spływała ślinka. Uśmiechłam się na jego widok oparłam się spowrotem i westchnęłam.
Po kilku minutach byliśmy już na ziemi. Wyszłam z samolotu i poszłam odebrać swoje walizki.
Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do naszego hotelu.
Weszliśmy do budynku, odebraliśmy klucze i pojechaliśmy windą do naszego pokoju.
-Tommy... J-ja chce do mojego starego domu. Chociarz zerknąć.
-No dobrze. No to kierunek stary dom Vii.
Poraz kolejny znajdowaliśmy się w taksówcę. Collin nawet nie chciał z nami jechać, mówił, że nie chce sobie przypominać. Wolę się z nim nie kłócić... Bo to go tata najpardziej bił kiedy coś mu nie przyniósł, albo nie wracał do domu na noc. Ja raczej byłam czymś w stylu służącej. Gotowałam, sprzątałam, robiłam zakupy i inne rzeczy. Mi się dostawało tylko wtedy, gdy źle coś zrobiłam, albo gdy tata usłyszał od kogoś z miasta, że mam chłopaka. Ale to tylko wspomnienia...
Kiedy dojechaliśmy na miejsce moim oczom ukazała się duża stara kamienica. Do moich oczów napłyneły łzy. Szłam powoli w stronę drzwi. Ręce mi się trzęsły ze strachu,gdy otwierałam drzwi.
Weszłam do środku i powoli szłam na górę po klatcę schodowej.
Kiedy doszliśmy na samą górę, łzy spływały po moich policzkach jak wodospad. Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się mój dom.
Dom.
Rodzice.
Wspomnienia.
Znęcanie się.
Alkochol.
Bicie.
Szłam powolnym krokiem ku mojemu pokojowi. Kiedy przechodziłam przez salon, gdzie zwykle spali rodzice. Pobiegłam w stronę łazienki i automatycznie zwymiotowałam. Czułam takie obżydzenie do nich, do tego miejsca i do samej siebie. Szłam dalej ku mojemu staremu pokojowi.
Gdy doszłam do mojego starego pokoju poczułam ten zapach. Zapach dymu papierosowego. Stare łóżko, poduszki, misie, zdjęcia... Zdjęcia... Zdjęcia na którym byłam ja jako dziecko Collin w wózku i rodzice. Szczęśliwa rodzina. Do czasu...
Kiedy wyszliśmy z domu miałam wszystkiego dość. Głowa mnie rozbolał gdy oglądałam te wszystkie zdjęcia.
Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy w stronę naszego hotelu.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pojechaliśmy na 23 piętro do naszego pokoju.
Umyłam się, ubrałm się w pidżamę i poszłam spać.
Hej, hej !
Przepraszam wszystkich za tak DŁUUUUGĄ przerwę.
Dziękuję wszystkim za tę gwiazdki i wyświetlenia 💜
Naprawdę daje mi to niezłego kopa do dalszej pracy 👉💪
Podoba się ? Zostaw gwiazdkę ⭐
Miłego wieczorku 😘
CZYTASZ
Beautifull Story || Thomas Brodie-Sangster
Fanfiction*Już ostrzegam, że nie zniechęcajcię się do początku. Po dalszych rozdziałach jest naprawdę śmiesznie i ciekawie* Via wychowywana jest w patologicznej rodzinie. Kiedy skończyła 20 lat uciekła ze swoim 18-letnim bratem do Londynu. Wtedy jej życie obr...
