Rozdział 8.

629 96 10
                                        

Obudziłam się cała obolała z zimna. Dół wydrążony w ziemi pod ogromnym drzewem może nie był nawet w połowie tak wygodny jak łóżka z wypchanym trocinami materacem, lecz bez wątpienia stanowił najbezpieczniejsze schronienie na noc w obecnej chwili. Mocne i grube korzenie na wpół wyrwanej sosny skutecznie zasłaniały mnie w ciemności, a sam pień izolował od mroźnego wiatru, który przeszywał każdą komórkę ciała. Czując, jak moje zesztywniałe kończyny odmawiają posłuszeństwa, mogłam się tylko domyślać, jak ciężko tą noc przeżyły dziewczyny, którym nie udało się znaleźć żadnego sensownego schronienia.

O ile w ogóle przeżyły... - Przeszło mi przez myśl.

Trzęsąc się, podniosłam się do pozycji siedzącej i mocniej opatuliłam kocem. Podświadomie zdawałam sobie sprawę, że ma to niewielki efekt, jednak i tak w duchu dziękowałam, że w ogóle miałam jakiekolwiek okrycie.

Drżącą dłonią chwyciłam plecak i po raz pierwszy spojrzałam na jego zawartość. W małej kieszonce wewnątrz faktycznie znajdował się kompas, który bez namysłu wcisnęłam w kurtkę, by za każdym razem podczas biegu, nie marnować czasu, by szukać go w nieskończoność. Następny w kolejce był nóż. Wciąż dziwiło mnie, że był on idealnie wyważony i doskonale wpasowywał się w moją dłoń, jakby został zrobiony na zamówienie. Z uwagą schowałam go za paskiem za dużych spodni, upewniając się jeszcze, czy nie przeszkadzał mi w ruchu i nie zamierzał wypaść przy pierwszej lepszej okazji.

W końcu wyjęłam resztę ekwipunku. Wśród torebek i folii z jedzeniem oraz jednej butelki wody odnalazłam krzesiwo. Właściwie było to coś w rodzaju bransoletki z blaszką, która teraz połyskiwała w blasku wschodzącego słońca. Niechętnie podwinęłam rękaw i zapięłam ją na nadgarstku. Już na pierwszy rzut oka widać było, że rzecz ta nadawała się bardziej dla rosłego mężczyzny, a nie wychudzonej dziewczyny, której co chwilę zsuwała się z dłoni. Mimo to, nie miałam ochoty na zastanawianie się, jak uniknąć tego zjawiska, więc po prostu zaciągnęłam z powrotem rękaw kurtki z nadzieją, że uda mi utrzymać krzesiwo na miejscu.

Jedzenia wbrew pozorom było całkiem sporo. To znaczy, normalny człowiek nazwałby to posiłkiem na jeden dzień, ale dla mnie, przy odpowiednim wyliczeniu kalorii, mogło to wystarczyć na tydzień.

Oby dłużej do tej całej bazy nie było - pomyślałam.

Wśród różnych opakowań odnalazłam jedną czekoladę, trzy paczki pieczywa chrupkiego i dwa typowych sucharów, a także puszkę konserwy oraz tabletki do odkażania wody. Wbrew całemu swojemu położeniu, musiałam, mając na względzie tragizm sytuacji, stwierdzić, że spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Może przez to nastawienie i mentalne przygotowanie do wyjazdu na Syberię, rozbudzone przez Zimowego Żołnierza, aż nadto przygotowałam się na katorgę...

Pokręciłam głową. Czy to w ogóle było możliwe? Ze zdziwieniem zauważyłam, że podczas gdy siedziałam w dziurze pod drzewem, pośrodku największego mrozu na Ziemi, nie przejmowałam się swoim położeniem, a cieszyłam z tego, że dostałam więcej jedzenia, niż byłam w stanie przewidzieć. Chwilowa radość minęła jednak tak szybko. Chwilę później, z impetem pędzącego pociągu, znów dotarła do mnie prawda, o której nie wolno mi było zapominać choć na chwilę. To wciąż była moja misja, musiałam iść dalej, jeśli chciałam żyć.

Słońce już zdecydowanie oświetlało cały las, a to oznaczało, że kryjówka przestała spełniać swoją rolę. Marnowałam jedynie czas, nie ruszając dalej przed siebie. Kto wie, gdzie była teraz Anastazja. Może nawet czatowała gdzieś za krzakami z przeładowanym pistoletem, szukając idealnej okazji, by zakończyć mój żywot i z satysfakcją godną zwycięskiego Spartanina, przemierzyć ostatnią drogę do wolności.

Natasha Romanoff - From Dusk Till Dawn. Historia Czarnej WdowyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz