Rozdział 9.

637 85 17
                                        

Wśród ciemności nie mogłam uważać na uderzające we mnie gałęzie. Co parę metrów jedna z nich smagała mnie po twarzy, rękach, nogach, czy klatce piersiowej, zostawiając bolesne ślady. W dodatku piekący i rwący ból w ramieniu jeszcze mocniej utrudniał mi sprawne przedostanie się przez las. Ale zatrzymać się nie mogłam. Nawet jeśli w odległości kilkunastu metrów nie słyszałam, żeby ktoś za mną biegł ani, co gorsza, strzelał, nie miałam pewności, że sytuacja zrobiła się bezpieczna.

Pojedyncze pnie migały mi kątem oka, lecz z każdą chwilą stawały się coraz bardziej niewyraźne. Nie wiedziałam, czy było to spowodowane porą, czy osłabieniem i zmęczeniem, lecz na moje nieszczęście stawało się dokuczliwe. W pewnym momencie nie widziałam już praktycznie nic. Z duszą na ramieniu kierowałam się przed siebie. Nagle poczułam jak coś wyrasta mi pod nogami i skutecznie ścina mi dostęp do gruntu. Z hukiem upadłam na zamarzniętą ziemię, uderzając głową o prawdopodobnie wystający korzeń. Ból bezlitośnie zaatakował moją czaszkę, a mroczki przed oczami zajęły cały widziany obraz. Z jękiem obróciłam się na plecy dodatkowo uciskając krwawiącą ranę ciętą.

- Cholera jasna - wyrwało mi się przez zaciśnięte usta.

Krew wąską strużką zaczęła spływać mi po twarzy, znacząc swój szlak przez całą skórę. Mimowolnie przyłożyłam dłoń do czoła - rozbite. Podobnie jak nos i rozcięty policzek. Jakby tego mało, nogi i płuca ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Paliły żywym ogniem, który podsycał mróz sprawiając, że w tamtej chwili chyba nie potrafiłam znaleźć czynności, która nie powodowała pogorszenia się mojego stanu.

Ostatkiem sił podniosłam się do pozycji siedzącej i przeczołgałam pod drzewo, które parę sekund temu skutecznie mnie zatrzymało. Z ciekawości spojrzałam w górę. Księżyca praktycznie nie było widać. Pojedyncze gwiazdy przebijały się na tle gęstych chmur, stając się tymczasowo jedynymi jasnymi obiektami na tle świata, a ogromny świerk brylował na tle nieboskłonu, jakby chcąc zaznaczyć swoją obecność w bardziej urodziwy sposób, niż rozłożystymi korzeniami.

Oparłam się o jego pień i wyprostowałam nogi, chcąc po części ulżyć skurczom i wyczerpanym mięśniom. Nie byłam w stanie wstać, a tym bardziej biec, więc z przykrością, ale i ulgą stwierdziłam, że przyszło mi tu zostać przynajmniej do rana.

Nie ukrywałam, że targała mną złość na samą siebie. Jak w ogóle mogłam pomyśleć, że w tak ostatecznym dla nas wszystkich okresie, było jeszcze miejsce na zaufanie. Byłam naiwna, co do tych słów nie mogłam zgłosić sprzeciwu. Jedynym, marnym pocieszeniem pozostawał mi fakt, w jak szybkim czasie udało mi się blondynkę obezwładnić.

I zabić - dodałam w myślach.

Z tyłu głowy dalej pozostawały mi myśli o pragnącej mojej śmierci dziewczynie, lecz chwilowo zeszły one na dalszy plan. Definitywnie to ból domagał się teraz całości mojej uwagi, gdyż dochodził chyba z każdej części mojego ciała. Obolałą dłonią sięgnęłam po leżący obok plecak i wyciągnęłam z niego wodę. Z koszulki, którą miałam pod kurtką zerwałam kawałek materiału i nasączyłam go zimnym płynem, chcąc choć trochę obmyć i opatrzyć powstałe tego wieczoru obrażenia. Z niemałą satysfakcją odkryłam, że przynajmniej z nosa i policzka krew przestała już spływać. Zapewne miała na to wpływ niska temperatura, która sama w sobie działała jak wielki kompres chłodzący.

Na tym niestety pozytywy się skończyły. Ramię po ugodzeniu nożem wyglądało co najmniej paskudnie i najbardziej ze wszystkiego dawało o sobie znać. Co prawda zimny okład zminimalizował choć trochę piekące uczucie, ale ograniczenie w ruchomości kończyną pozostało dość widoczne. Nie ułatwiało to w niczym faktu, że siedziałam teraz całkowicie na widoku, a powrót do miejsca, gdzie planowo miałam spędzić noc nie wchodził w grę. Dalsza podróż wydawała mi się zbyt ryzykowna. Szansa, że nie podniosłabym się po następnym upadku była nadzwyczajnie duża.

Natasha Romanoff - From Dusk Till Dawn. Historia Czarnej WdowyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz