Budapeszt. Tydzień później.
Dotarcie do właściwej osoby nie okazało się takie proste, jakie się wydawało. Przejście przez fikcyjne konta bankowe i przeszukanie całej kartoteki jednego człowieka, którego nazwiska nawet nie znałam, ciągnęło się w nieskończoność. W tak dużym mieście nic nie było łatwe. Żadnych znajomości, punktu zaczepienia, oprócz paru danych, które ostały się w moich tajemniczych dokumentach. Właściwie znalazłam w nich tylko jedną osobę, która pojawiała się między wierszami i jako że choć trochę pasowała do obrysu sytuacji, na niej się skupiłam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że nawet jeśli teraz szukałam właściwie, byłabym naiwna, licząc, że ten ktoś wciąż nazywał się tak samo lub kiedykolwiek podał swoje prawdziwe dane. Na szczęście jednak życie nauczyło mnie już, że nawet jeśli wymyślasz swoją alternatywną osobowość, zawsze znajdzie się coś, co będzie cię łączyć z tym, kim naprawdę jesteś.
I tak było też w tej sytuacji.
Wystarczyły te same inicjały imienia i nazwiska oraz liczba liter w nazwie odbiorcy każdego rachunku bankowego, zarówno kobiet, jak i mężczyzn bym mogła nabrać choć częściowej pewności, że trafiłam na właściwą osobę. Od dwóch dni śledziłam każdy jego ruch, godziny wyłączania światła i każdego, kto go odwiedzał. Ale po prawdzie, nic nie wzbudziło mojego podejrzenia. Starałam się, jak mogłam dopatrzyć czegokolwiek, co powiązałoby go z rosyjskim wywiadem lub śmiercią moich rodziców, ale nic tego nie dowodziło. Mężczyzna, którego obserwowałam zachowywał się jak zwykły facet, którego wczesna emerytura zaprowadziła na kanapę i nigdzie więcej. Prócz jedynego wyjścia z domu do śmietnika, nie dostrzegłam nawet jego twarzy a jedynie skrzywioną sylwetkę.
W końcu sama zwątpiłam, czy aby na pewno znalazłam właściwą osobę. Stojąc kolejne godziny za niewielkim budynkiem, schowałam twarz w dłonie i ostatecznie zdecydowałam się wrócić do wynajętego pokoju, gdzieś na obrzeżach stolicy. I tak niczego więcej bym się nie dowiedziała. Tylko marnowałam czas.
Mocniej zapięłam kurtkę i nałożyłam kaptur na głowę, pomimo bezchmurnego wieczoru oraz czapki z daszkiem na skroniach. Wsadziłam dłonie w kieszeń i powolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Nagle na wysokości ulicznej latarni, znajdującej się na przeciwko domu mojego podejrzanego, choć bardziej już byłego, usłyszałam swoje imię.
Znieruchomiałam i odwróciłam się w stronę dębowych drzwi. Mężczyzna stał w nich, jak gdyby nigdy nic, przyglądając mi się uważnie. Dopiero potem zauważyłam, że podpierał się o coś wewnątrz budynku. Instynktownie spojrzałam na twarz. Znałam ją. Widziałam go już wielokrotnie na uroczystościach, obchodzonych z okazji rocznic powstania naszego oddziału. Pamiętałam te oczy, które za każdym razem wypatrywały każdej najmniejszej wady, gdy raz przyjechał na nasze szkolenia i krzywy uśmiech, którym teraz mnie raczył. To on był mężczyzną z akt. Byłym, postawnym generałem, który teraz wyglądał jak schorowany pijak i ledwo trzymał się na nogach.
- Natalia Romanova... Wiedziałem, że kiedyś jeszcze cię zobaczę - przyznał, kiwając nieznacznie głową.
- Generał Artem Gavrylow, ja z kolei byłam pewna, że został pan zastrzelony - odparłam, wyszukując w kieszeni noża.
Mężczyzna zaśmiał się, choć zaraz potem przeraźliwie zakaszlał.
- Najwidoczniej dla obojga z nas jest dzisiaj dzień niespodzianek. Może wejdziesz? Wiem, że tylko po to jesteś na Węgrzech.
Rozejrzałam się dookoła. Ulica była pusta i dobrze oświetlona. Nikogo nie było w pobliżu. Szansa, przed jaką stanęłam mogła być ostatnią, którą dostałam, ale z drugiej strony nie byłam na tyle uzbrojona i wiedziałam, że plan był zupełnie inny. Chociaż mówiąc szczerze, nie miało już to teraz znaczenia. Zdemaskował mnie.
CZYTASZ
Natasha Romanoff - From Dusk Till Dawn. Historia Czarnej Wdowy
FanfictionNie tak miało wyglądać dzieciństwo Natalii Romanovej. Nie na tym miało polegać jej życie, ale nikt pytał, czy się na to godziła. Kiedy odebrana siłą od rodziców, znalazła się w ośrodku szkoleniowym, nawet przez myśl nie przeszło jej, że ten jeden wi...
