Rozdział 14.

557 58 5
                                        

- Po co my to w ogóle robimy?

- A jak myślisz? Sprawdzamy jeszcze, czy przypadkiem nasz cudowny dyżurny nie zostawił tu gdzieś akt. Lepiej sprawdzić wszystkie możliwości, zanim wystawimy się na pełen ostrzał z misją samobójczą.

Alexei potaknął głową i ze skupieniem zaczął przeglądać kolejną szafkę z latarką w dłoni. Mimo że staliśmy oddaleni od siebie tylko o około trzy metry, totalna ciemność powodowała, że ledwo widzieliśmy swoje twarze. Nasze jedyne źródło światła nie ułatwiało nam zadania w sposób wystarczający, ale oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko po zmierzchu byliśmy w stanie zakraść się do gabinetu zdawania dokumentów.

Najciszej, jak tylko się dało, przetrząsaliśmy po kolei każdą szufladę, komodę a nawet kosz na śmieci, licząc skrycie, że w końcu natrafimy na naszą zgubę. Niestety.

Po żmudnych godzinach szukania, jedyne znaleziska, na jakie mogliśmy liczyć, stanowiły nic nie znaczące i wyniszczone przez czas stare gazety i faktury.

Najwyraźniej nikt nie interesował się tym pomieszczeniem od wielu lat i z pełnioną przez nie funkcją miało tyle wspólnego, co samolot z czołgiem.

Gabinet, o ile można było to tak nazwać, składał się z dwóch części: środkowej, którą stanowiło brązowe, drewniane biurko pokryte warstwą kurzu wszędzie poza jego centralną częścią i brzeżnej, na którą składały się szafki i regały z książkami i segregatorami pełnymi od faktur i umów. Całość umeblowania starała się, choć nieskutecznie, zamaskować pokryte od wilgoci grzybem ściany. Zżółkła farba w niektórych miejscach ledwo trzymała się tynku lub odsłaniała jego warstwę, a wyłożony na podłodze dywan nawet nie wysilał się na zakrycie odstających od podłogi desek.

Przypuszczalnie kiedyś było to miejsce pracy kogoś, kto zajmował się finansami, a gdy powstały nowe kompleksy budynków, przeniósł się zostawiając swoją „pracownię" na pożarcie przez czas. Przyjmowanie dokumentów było pracą na maksymalnie dwie godziny dziennie, więc nikt nie widział potrzeby, by oddać to pomieszczenie do renowacji lub chociażby minimalnie je odświeżyć.

Pewnie nie ono jedyne było w takim stanie...

Od smrodu wilgoci zaczynało powoli kręcić mi się w głowie. Kiedyś pewnie nie zwróciłabym na to większej uwagi, ale gdy warunki mojego życia uległy dość znaczącej poprawie względem dzieciństwa, ten zapach wywoływał raczej tylko nieprzyjemne wspomnienia i chęć wymiotów.

Złapałam za uchwyty kartonu i z powrotem wsunęłam go pomiędzy ścianę a regał.

- Tu nic nie ma. Ani śladu – powiedziałam bezsilnie. Naprawdę zależało mi na tym, by jednak zrządzeniem losu te akta się znalazły, a wszelkie podejrzenia były tylko oznaką paranoi. Nie tym razem.

Alexei odstawił segregatory na miejsce i poświecił między nami latarką.

- Czyli w tej chwili obstawiamy moją lub twoją teorię?

Westchnęłam.

- Niestety na to wychodzi.

Pieprzony łucznik... A jeszcze przed paroma dniami wszystko szło tak świetnie i z ładem. To nie tak, że nie chciałam się na nim zemścić. Chciałam i pragnęłam tego w każdej sekundzie, ale wciąż pozostawała wątpliwość, czy w ogóle było na kim się mścić.

Dalej nie mieliśmy pewności, czy zginął ani, czy przypadkiem nie dorobiliśmy sobie wersji wydarzeń. Jedyne, czego byłam pewna, to tego, że w gruncie rzeczy zależało mi na tym, by Alexei wyszedł z tego cało, a jeśli istniała szansa, by załatwić to z najmniejszymi możliwymi konsekwencjami, to warto było spróbować. Niewątpliwie jednak szło nam to dość nieskutecznie...

Natasha Romanoff - From Dusk Till Dawn. Historia Czarnej WdowyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz