Wszędzie przelewało się mnóstwo ludzi. Krążyli w tę i z powrotem po korytarzu, inni siedzieli na krzesłach trzymając twarz w dłoniach lub z kimś rozmawiając. Każdy zachowywał się inaczej. Na przykład, gruba pani w sweterku z buldogiem na piersi rozglądała się w około ze strachem. Natomiast siedząca obok niej wysoka murzynka była jej kompletnym przeciwieństwem. Ręce miała splecione na kolanach i wpatrywała się w jeden, nieokreślony punkt. Na oko czterdziestoletni jegomość z rudą brodą stał przy oknie wpatrując się w krajobraz za oknem. Chociaż krajobraz to dość przesadzone słowo. To były szare bloki jednej z londyńskich dzielnic.
Ja starałem się zachowywać jak najbardziej naturalnie, stojąc w kapturze oparty o ceglany parapet. Ręce trzymałem w kieszeni obszernej, workowatej bluzy i bawiłem się sygnetem na palcu mając nadzieję, że pomoże mi to chociaż trochę się uspokoić. Wpatrywałem się w białe, lakierowane drzwi cholernie się bojąc tego, co zaraz nastąpi. A nastąpi na pewno.
Tak jak przypuszczałem, otworzyły się gwałtownym ruchem,na co zacisnąłem dłonie w pięści, cholernie się bojąc. Usłyszałem jakieś nazwiska, a pośród nich to moje.
-...Harry Styles.- Wszystkie, no prawie wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie, a ja musiałem całą swoją silną wolę poświęcić na koncentrowaniu się nad ignorowaniem ich i stawianiem kroków, które przybliżały mnie do białego gabinetu, jamy smoka, kryjówki tajnego zabójcy i domu z najstraszniejszych horrorów zarazem.
Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Liczyłem na jakieś maszyny tortur, na przykład dyby czy krzesło z gwoźdźmi, jak na tych starych filmach grozy. Jednak nie zastałem tego. Było tam... bardzo biało. Jedyne co znajdowało się w pokoju, było kilka białych krzeseł ułożonych w podkowę na białej podłodze... Wspominałem już, że jest tu bardzo biało?
Westchnąłem siadając na jedno z nich. Było dość niewygodne, ale dało się znieść. Na pozostałych siedziskach zasiadło kilka innych osób, jednak żadna nie była warta mojej uwagi.
Żadna z nich nie była Louisem.
-Witajcie!- zaczął jakiś podekscytowany głos, który jak się okazało należał do niewysokiej kobiety, o różowych włosach i jasnoniebieskich oczach. I jakby to tak delikatnie powiedzieć, lekkim botoksem na ustach. Naprawdę lekkim.
Odpowiedziały jej tylko niewyraźne pomruki. Różowo włosa zmarszczyła brwi, jednak od razu przywróciła na twarz szeroki uśmiech.
-Jeszcze raz!- krzyknęła z nieco przesadzonym optymizmem.- Witajcie!
-Dzieeeń Doooobryyyyy- wymruczeli nieco wyraźniej pozostali, udając, że chociaż trochę zarazili się optymizmem terapeutki. Całkiem jak przedszkolaki w podstawówce.
Przedszkolaki nie chodzą do podstawówki, Hazz! Ogarnij się!
-Od razu lepiej!- ucieszyła się dziewczyna, a jej uśmiech powiększył się jeszcze bardziej. Podziwiałem jej twarz za elastyczność. Ja nie potrafiłbym zmusić moich mięśni chociażby do delikatnego uśmiechu, a co dopiero do szczerzenia się pokazując przy okazji idealnie białe zęby.
-Miło mi was tutaj widzieć!- zaczęła radośnie, jednak od razu się zmieszała.- W sensie, nie cieszę się z Waszej straty, serio, bardzo mi nas wszystkich żal...- spuściła wzrok zawstydzona. Zdziwiło mnie nieco, że użyła zwrotu "nas" a nie "was". Nie wiem, czy to jeden z psychologicznych trików, czy może prowadzenie z nami terapii pomaga się jej oswoić z jakąś własną stratą. W sumie, wolałem nie wiedzieć.
-To co powiecie na to, by opowiedzieć nam coś o sobie i o swojej stracie?- zapytała, a ja wyczułem, że chyba jest świeża w zawodzie psychologa-terapeuty. Kilka osób spięło się na pomysł dzielenia się z resztą prywatnymi problemami, jednak nikt nie zaprotestował. Nie odezwał się chociażby słowem, co ona odebrała jako zgodę i zapowiedź "nowej, wspaniałej przygody".
CZYTASZ
Strong | l.s. //zakończone
FanfictionHarry i Louis byli parą praktycznie od zawsze. Ciężko było wyobrazić sobie ich osobno. Lecz ta z pozoru idealna para nie miała się tak łatwo, jak może się wydawać. Jakoż iż obaj byli mężczyznami, musieli ukrywać swoją młodzieńczą miłość, która jedn...
