ROZDZIAŁ SIÓDMY
____________________________________
Pensylwania, październik 1777 roku.
KOLEJNEGO DNIA Hamilton przyszedł mnie przeprosić widocznie skruszony, stanął w wejściu sali wypełnionej adiutantami jedzącymi posiłek w towarzystwie wodza naczelnego i markiza Lafayette'a, po czym skinął głową i powiedział, przecząc własnej dumie:
— Zachowałem się jak niewychowany prostak. Wiem, że źle zrobiłem i rzekłem o kilka słów za dużo, za co pragnę z całego serca przeprosić i z woli wszechświata prosić o wybaczenie nawet na kolanach. To, co uczyniłem i co powiedziałem nie mieści się w sercu, ustach i umyśle dżentelmena. Liczę, że podpułkownik Laurens wybaczy mi, okaże miłosierdzie dla zbłąkanej, nielogicznej zbyt często duszy i pozwoli zaznać ukojenia w krainie zapomnienia. Nie miałem zamiaru zachować się tak, jak się zachowałem, lecz proszę choć wziąć pod uwagę, iż przepraszam podpułkownika w towarzystwie świadków, którzy mogą wykorzystać to przeciwko mnie. Pomyliłem się... To przecież ludzka cecha się mylić, czyż nie? Uwzględnijmy przynajmniej fakt, że się do owej pomyłki przyznaję, bowiem dotychczas robiłem wszystko, by uchodzić za nieomylnego. Zraniłem twoje uczucia, naraziłem na szykany ze strachu, iż zechcesz zastąpić mnie w Rodzinie. Przepraszam. Z całego serca.
Nie dostrzegłem w jego spojrzeniu iskry kłamstwa czy ironii, ale szczerość, która niezwykle zaskoczyła nie tylko mnie, ale przede wszystkim pozostałych adiutantów. Znali Hamiltona od lat i nigdy dotąd nie zachował się w sposób podobny, z taką pokorą, smutkiem i odwagą w stosunku do kogokolwiek innego, wliczając w to Washingtona. Wódz naczelny także wbił w niego spojrzenie, a lekko zdezorientowany Gilbert zerknął w moją stronę, oczekując wyjaśnień, których nie otrzymał. Siedziałem wpatrzony w postać Alexandra, nie mogąc się ruszyć lub powiedzieć chociażby słowa, zignorować go lub rozgrzeszyć, a moje zdziwienie przekraczało ludzkie wyobrażenia. Sądziłem, może słusznie, że duma jest najważniejszym budulcem, podstawą jego charakteru w towarzystwie z arogancją, egoizmem i upartością (co nigdy nie jest ugodowym połączeniem) i z logicznego punktu widzenia nie mógł przyznać się do winy z własnej dobroci serca. On nie miał serca! To wszystko musiało być podstępem, ponieważ jak inaczej można wyjaśnić tak kolosalną przemianę w naturze ludzkiej? Jak zrozumieć zmianę w mechanizmie danego organizmu, w jego stylu bycia, czucia, pojmowania rzeczywistości i w aspektach czysto społecznych, kiedy w gruncie rzeczy nie mamy podstaw, by sądzić, że jest z nami w pełni uczciwy? Nie ufałem Hamiltonowi, odrzucał mnie od siebie, wzbudzał podejrzliwość i lęk, a jednocześnie, kierując się słynnym prawem kontrastu i swoistej ambiwalencji, zmuszał mnie do przymusowego adorowania go, dostrzegania jego obecności i — choć trudno było mi to przyznać na początku naszej znajomości — pożądania bycia przez niego oglądanym. To proste do zrozumienia i zarazem trudne do wyjaśnienia, ale zwyczajnie przywykłem do nieustannego towarzystwa spojrzenia Alexandra, przyzwyczaiłem się do niego i źle zniósłbym przerwę, gdyby taka nastąpiła. Nie byłem w nim jeszcze zakochany, lecz skutecznie broniłem się przed prostym zauroczeniem, nie mogąc znieść myśli, iż ktoś z obozu jest taki jak ja i, co więcej, wie o mnie, nie wiadomo skąd. Myślałem o córce, żonie i Francisie, powtarzając sobie, że nie wolno mi znowu zejść na drogę zguby, sodomii i grzechu, starałem się nie powracać myślami do przypadkowych nocy w Londynie i gryzłem poduszkę, chcąc by wszechświat rozpłynął się i dał mi wreszcie święty spokój. Byłem świadomy, że moje fantazje są przeklęte, lecz im bardziej starałem się ich pozbyć, tym one wracały z podwójną siłą, objawiając się jak widmo mijającego życia, jak podła konsekwencja śledząca każdy mój ruch i jak Szatan namawiający mnie do grzechu... Popadałem w obłęd czy może byłem opętany? Gdzie znajdowała się granica szaleństwa, moralności i światła? Wydawało mi się, że stoję nad przepaścią, że wystarczy chwila, a spadnę i roztrzaskam sobie kark w jej otchłani... Wystarczyło raz stracić kontrolę i wrócić do punktu wyjścia. Czy potrafiłem być jeszcze człowiekiem?
CZYTASZ
Huragan 1777
Historical FictionRok tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy. John Laurens przyjeżdża do obozu Washingtona.
