ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
____________________________________
23 grudnia 1778 rok, Pensylwania.
— MUSISZ WSTAĆ, JACK. — Do moich uszu dostał się cichy, stonowany szept, który pogoniło mocniejsze szarpnięcie za ramię i światło ogarniające mnie w momencie, gdy podniosłem powieki. Zobaczyłem biel pokoju i twarz Alexandra nachyloną nade mną z delikatnym uśmiechem przecinającym usta, a jego palce powoli musnęły moje czoło, odgarniając z niego włosy. Nieco zaskoczony zmarszczyłem brwi, w pierwszej chwili gniewając się, że mnie obudził i niekoniecznie zdawałem sobie jasno sprawę z tego, co mam zrobić. Grymas jego oblicza zdradzał lęk, osobliwą czułość, ale i determinację. Poczułem, jak całuje mnie w usta. — To już dzisiaj. Nie waż się chybić. Nie możesz stracić swojego strzału, zmarnować szansy i dać się zastrzelić. Ale masz też pokazać Lee, że nie da się obrażać Washingtona bez konsekwencji, a każde kolejne złe słowo będzie karane kolejną kulką. Jeżeli go zabijesz, tym lepiej dla niego, ponieważ w piekle go nie dosięgniemy.
— I ty, i ja pójdziemy do piekła — wyszeptałem, pojmując w lot, gdzie i po co dzisiaj idziemy i że ciągle nie napisałem listu do Marthy, ostatniej wiadomości, którą mógłbym jej przekazać, jeżeli jednak to Lee by mnie zastrzelił. Nie czułem lęku, patrząc Alexandrowi w oczy, po czym wolno ułożyłem głowę na jego ramieniu, pozwalając mu się objąć i spojrzałem w przestrzeń, pozostając przez kilka chwil w tej pozycji. Przez myśl przeszło mi, iż może być to nasz ostatni wspólny poranek i choć nie potrafiłem żałować własnego życia, nie chciałem, by aż tak prędko się skończyło. Hamilton miał dopełnić formalności i wszystko spoczywało na jego ramionach i w jego umyśle, a mi, chcąc nie chcąc, pozostało wyłącznie słuchanie się sugestii chłopca, przyjmowanie wszystkiego i wykonywanie każdej prośby. Nie miałem zamiaru zbyt szybko z niego zrezygnować, zwłaszcza w momencie, gdy pozornie oficjalnie staliśmy się narzeczonymi. Pozwoliłem mu bawić się przydługimi pasmami moich włosów, które rozpuszczone leżały rozlane na moich ramionach, a cisza, jaka nas otaczała, z wolna stawała się uciążliwa. Milczenie zmuszało ludzi do myślenia, zaś myślenie — budziło wątpliwości. Zastanawiałem się, czy Hamilton zatęskniłby za mną, jeśli stałoby się ze mną coś złego, czy wspominałby o mnie z miłością, czułością i tęsknotą, nie tylko jako człowieka-cienia, jedno marne wspomnienie przeszłego życia, ale mężczyznę, któremu — jak sam mówił — oddał swe serce, związał z nim los. Nie pragnąłem ponownie czuć się jak zabawka w rękach Alexandra, jaką można wyrzucić, kiedy zużyje się lub znudzi. Chciałem być człowiekiem, jego człowiekiem, obiektem afektu, rzeczywistego uwielbienia, przywiązania. Potrzebowałem, by myślał o mnie w kryteriach podobnych tym, w których ja myślałem o nim; stał się moim narzeczonym i zamierzałem dowieść, że jestem godny owego miana i mogę spełnić się w zawodzie danym mi przez los. Kochałem go i chciałem być kochanym. Wydawało mi się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i może faktycznie tak było, a późniejsze kłopoty nie wyniknęły z humorów i chorej natury Hamiltona, ale ze mnie. Z mojej chorobliwej zazdrości oraz podłej, morderczej niekiedy irytacji, pozornie ostudzonej miłości. Był całym moim światem i mimo upływu lat, mimo łez, przelanej krwi, kłótni i niewierności, ciągle stanowi meritum mojej perspektywy, jedyny obiekt westchnień, który brutalnie zastąpił Francisa, spychając go w otchłań zapomnienia, w cień, z jakiego nie potrafił już się wyłonić. To na swój sposób zabawne, ale dopiero w tamtym czasie przekonałem się, jak bardzo jest dla mnie ważny, a ja jak ważny jestem dla niego. Nie było to iluzją nigdy, bowiem i on kochał mnie przez te wszystkie lata, będąc zagubionym, ustawionym między chaosem a fikcją, żoną a mną, nie wiedząc, w którą stronę się przesunąć, jaką drogę wybrać... Pierwszą miłość, zawsze szczerą czy fortunę. Chciał wziąć to i to, lecz nie da się mieć w życiu wszystkiego i w konsekwencji musiałem odejść, choć prosił, bym do niego wrócił... Jak na złość, nie potrafiłem mu odmówić i zawsze wracałem, rozkładając ręce zapłakany, obejmując go, całując w usta i tuląc do siebie, jakbym nosił w ramionach cały wszechświat. Nie umiałem ot tak z niego zrezygnować, mimo że stanowił definicję cierpienia... Był również miłością.
CZYTASZ
Huragan 1777
Historical FictionRok tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy. John Laurens przyjeżdża do obozu Washingtona.
