ROZDZIAŁ DRUGI
____________________________________
Pensylwania, sierpień 1777 roku.
FRANCIS powtarzał, że niezależność nie zawsze musi być czymś dobrym, a wolność w rękach nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie ludzi jest najgorszą niewolą, na jaką możemy sobie pozwolić. Był przeciwny niepodległości Kolonii, o czym dość często informował mnie w swoich listach, w konsekwencji prowadząc do częstych kłótni, sprzeczek i niedomówień. Kochałem go, lecz kochałem również Amerykę i nie potrafiłem pogodzić jednego z drugim, zaakceptować wizji świata rysującej się przede mną i pojąć szeregu zjawisk, który bezpośrednio doprowadził do rozpadu naszej relacji. Nie było dnia, bym o nim nie myślał. Każdego poranka, popołudnia, każdego wieczora i każdej nocy czułem jego obecność okalającą mnie jak pierścienie Saturna, usilnie jak prześcieradło, odbierając mi dech i wolną wolę. Nie potrafiłem zrezygnować z niego, mimo że wiedziałem, że ognisko zgasło, a popiół rozwiał się na wietrze, nie zostawiając mi nic poza wspomnieniami. One natomiast były dla mnie zbyt bolesne, bym potrafił przywoływać je ot tak, po prostu, by podzielić się z kimkolwiek sekretami mojego życia i powiedzieć na głos jego nazwisko. Wszystko, sytuacja, w jaką mnie wprowadził, była dla mnie ciągle świeża, delikatna, przyrównywana wyłącznie do abstrakcji, inkaustu rozlanego na papierze w londyńskim pokoju z ładnym widokiem i poczuciem zwierzęcej furii, gdy rzuciłem o ścianę naszyjnikiem, który podarował mi, kiedy wyjeżdżałem z Genewy. Ciągle miałem go przy sobie, nosząc pod koszulą i nie zdejmując tygodniami, jakby w obawie, iż w momencie, gdy go zdejmę, utracę swoje człowieczeństwo i stracę Francisa na zawsze. Był dla mnie wszystkim, najdroższą rzeczą w posiadaniu, ale i najgorszym przekleństwem, bowiem przypominał mi o człowieku, do którego należałem i przez to nie potrafiłem pokochać ani mojej żony, ani jakiejkolwiek osoby stąpającej po tej planecie. Ale czy to nie było wyłącznie alibi? Pretekst do nieustannego wzdychania do niespełnionej, straconej miłości? Być może, a nawet skory jestem przypuszczać, iż w tamtym czasie uporczywie starałem się uczynić z siebie męczennika, aby w ów sposób poskromić nieco wyrzuty sumienia. Zrobiłem wiele złych rzeczy, lecz czy nie uczyniłem ich z miłości? Starałem się całą winę zrzucić na Kinlocha, obwiniać go o łzy mojej żony, własne niezadowolenie, brutalność i dziecko, które bezmyślnie spłodziłem w przypływie furii. Pragnąłem uwolnić się od cierpienia, zaznać należnego mi ukojenia, ale jedyny człowiek, który mógłby jakkolwiek mnie pocieszyć, jakkolwiek udobruchać, uspokoić i wmówić mi, że świat jest pięknym miejscem, odszedł na zawsze, z miejsca stając się Anglikiem. Co też miałem uczynić w takiej sytuacji? Okłamywałem sam siebie, sądząc, że wracam do Ameryki, by walczyć o wolność ojczyzny, gdyż w gruncie rzeczy była to jedyna droga, aby wyzwolić się od kobiety, jakiej nie darzyłem nigdy miłością, od konsekwencji kwietniowej nocy, od niechcianego bękarta i ślubu, który nigdy nie powinien mieć miejsca. Byłem honorowym człowiekiem i z litości wziąłem ją za żonę, ponieważ nosiła w łonie moje dziecko i taki był mój obowiązek i dług jej względem. Lecz ileż tez można udawać, iż wszystko idzie pomyślnie? Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc odczuwałem coraz to większą frustrację, wyglądając na ponure ulice Londynu, schowane za mgłą parującego deszczu i rozpaczając w duchu, że jedna nierozsądna decyzja doprowadziła mnie do sytuacji bez wyjścia. Wojna miała nadać mojemu życiu cel, lecz zamiast tego — wbiła w serce kolejny cierń.
Rodzina, bo tak Washington nazywał grupę swoich adiutantów, zebrała się w namiocie w okolicach godziny czwartej popołudniu. Pięciu mężczyzn zasiadło do stołu u boku głównego dowódcy i generała Greena, przyglądając mi się z ciekawością, zadając pytania i żartując, kiedy czekaliśmy na posiłek. Zauważyłem, że jedno miejsce stało puste, mimo że biały, porcelanowy i ładnie zdobiony talerzyk leżał na stole przed krzesłem w towarzystwie kieliszka wina. Tilghman powiadomił mnie, że „Hammie się spóźni", a ja domyśliłem się, że chodzi z pewnością o owego Hamiltona, o którym tak często mówił Washington i adiutanci. Niekoniecznie czułem się zaintrygowany jego postacią, będąc jeszcze nieco skrępowanym w nowym towarzystwie i nie miałem ochoty tak szybko poznawać biografii wszystkich po kolei. Niestety, towarzyskość młodzieńców okazała się zbyt uciążliwa, by móc ich zignorować i w spokoju przetrwać posiłek do końca. Pierwszym mężczyzną, który wyciągnął do mnie dłoń i z uśmiechem na ustach zapytał, co myślę o „ich" obozie, był o prawie dziesięć lat starszy ode mnie Richard Kidder Meade. Miał brązowe włosy związane w luźną kitkę tuż nad karkiem, piwne oczy zdradzające łagodne, wesołe usposobienie i dziwną naiwność niespotykaną u mężczyzny po trzydziestce. Kiedy zaciskał palce na mojej dłoni, był energiczny, szybki i przyjacielski — z natury budził sympatię.
CZYTASZ
Huragan 1777
Fiksi SejarahRok tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy. John Laurens przyjeżdża do obozu Washingtona.
