Umarli czasu nie znają

144 17 19
                                        

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

____________________________________

Jesień 1781 roku, Yorktown, Wirginia.

MOMENT POŻEGNANIA nadszedł moim zdaniem zbyt szybko, bym mógł w tak krótki okres poukładać sobie wszystko w głowie, a wraz z chwilą, gdy Alexander ogłosił mi, że musi jechać do żony, byłem tak samo zdezorientowany i zagubiony, co zawsze. Patrzyłem, jak przebiera się z koszuli nocnej w wyjściową, zakłada podkolanówki, spodnie, kamizelkę i niebieski mundur. Na końcu zawiązał halsztuk i z rozpuszczonymi, rudymi włosami opadającymi na piegowate policzki, popatrzył na mnie, uśmiechając się delikatnie. Grymas zmieszania nie schodził mi z twarzy, bowiem z jednej strony nie chciałem, by mnie zostawiał, lecz z drugiej niczego tak bardzo nie pragnąłem, jak ostatecznego uwolnienia się od szczerej potworności jego charakteru, władzy absolutnej nad moim ciałem, duszą, sercem i umysłem. Zastanawiałem się wiele razy, czy aby na pewno doceniam Alexandra i patrzę na niego w taki sposób, w jaki powinienem; racjonalnie, obiektywnie, bez niepotrzebnej zgnilizny w myślach. Wielu ludzi mówiło, że Hamilton się zmienił, nieco uspokoił i nauczył się podchodzić do spraw tak, jak wypadało poważnemu człowiekowi. Nie był już tak agresywny, choć jego apodyktyczność została niewzruszona, usilna i wieczna. Dla mnie jednak paradował wiecznie na granicy okrutnika i absolutu, przechylając się pod wpływem momentu z jednej skrajności w drugą tak szybko, że nie potrafiłem tej zmiany dostrzec i tak nagle, iż nie wiedziałem, kiedy z umiłowanego kochanka przemieni się w znienawidzonego przeciwnika, przeszkodę, która uniemożliwia mi dotarcie do szczęścia. Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć; wylądowałem w jakimś chorym irracjonalizmie, nie wiedząc, jak mam uwolnić się od jego mocy i jak w niej pozostać. Cały świat wydawał mi się taki nielogiczny i głupi, że nie potrafiłem się w nim odszukać, chodząc w ciemności, w prawdziwych mrokach egipskich, oczekując zguby lub ratunku. A może śmierć byłaby jednak rozsądna? Zastanawiałem się, czy problem na pewno tkwi w Alexandrze i czy to nie ja przypadkiem jestem problemem. Nie umiałem się odnaleźć, przypisując mu każdą krzywdę, która mnie spotkała, jakby kierując się marzeniem dziwnego rozgrzeszenia skąpanego w okrucieństwie samolubstwa. Alexander był złym człowiekiem, ale ja nie byłem lepszy — patrząc logicznie, ja także wykorzystywałem młodzieńców do swoich własnych celów, zdradzałem, pragnąc choć na moment zapomnieć o złości, jaką czułem, myśląc o ślubie przyjaciela. Hamilton chciał po prostu się ożenić. Nie sądziłem, że wybrał Elizabeth tylko ze względu na piękne oczy i charakter, mimo iż usilnie starał mi się to wmówić, bowiem z łatwością dało się wyczuć, z jaką czułością się o niej wyraża, wyciągnąć ze spojrzenia szczerą (może nie namiętną i idealną, ale szczerą na pewno) miłość, miękkość wyrazu. Był w niej zakochany lub odnosił się w stosunku do niej tak, jak mąż powinien odnosić się do żony, jak ja nigdy nie odniosłem się do Marthy, kiedy żyła. Może dlatego, aż tak mnie to bolało? Chciałem czasami rzucić wszystko, całą tę złość, i cierpieć tak, jak przykazał Bóg, lecz w gruncie rzeczy na dłuższą metę nie umiałem wykazywać się czystym i szczerym altruizmem, bowiem prędzej czy później wszystko wracało do punktu wyjścia, a ja nienawidziłem Alexandra i Betsy z całego serca. Zastanawiałem się, czy jak wypuszczą Ternanta, będzie chciał dalej ciągnąć nasz romans, lecz w końcu doszedłem do wniosku, że nie zrobię mu takiej krzywdy i pozwolę, najprościej w świecie, o mnie zapomnieć. Miałem na wychowaniu córkę.

— Jesteś pewien, że pragniesz kontynuować tę wojnę? — zapytał, siadając obok mnie na łóżku i spojrzał się w moją stronę z delikatnym uśmiechem, pełnym rozpaczy. Może udawanej, może prawdziwej. — Betsy chciałaby cię w końcu poznać... Proszę, John, nie możesz wiecznie uciekać przed świętym spokojem, zasłaniając się rzekomym obowiązkiem. Zrobiłeś wszystko, co było do zrobienia.

Huragan 1777Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz