Moja ukochana żona

115 17 10
                                        

ROZDZIAŁ JEDENASTY

____________________________________

Paryż, Francja, lato 1781 roku.

NA POCZATKU CZERWCA udało mi się wynegocjować z dworem Ludwika XVI przesłanie do Ameryki wystarczająco dużych funduszy, by starczyło na przebudowę, wzmocnienie i rozwój naszej armii. Znaczyło to również, iż mogłem wrócić do domu. Pod koniec miesiąca zacząłem przygotowywać się do wyjazdu, aby jak najszybciej opuścić Europę i udać się z powrotem do Ameryki, by walczyć za wolność ojczyzny blisko niej, w sposób fizyczny, widoczny od razu w skutkach. Miałem ochotę po roku przerwy chwycić za szablę i wreszcie wykazać się w czymś, w czym byłem dobry. Miałem dość bezczynności i mimo że udało mi się jakkolwiek wpłynąć na przebieg tej wojny, musiałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby przerwać podobną udrękę. Przez jakiś czas mieszkałem u pochorowanego wuja, aby po wyjeździe z Paryża spędzić trochę czasu z rodziną i małą Polly, która domagała się wiecznych pieszczot. Rodzeństwo odżyło we Francji, lecz nie mogli w pełni cieszyć się bezpieczna atmosferą pokoju, nieustannie myśląc o ojcu zamkniętym w więzieniu w Londynie. Martha robiła, co mogła, by za pośrednictwem Franklina móc go uwolnić, lecz wszystkie próby okazały się równie bezskuteczne, co te poprzedzające je, a mi robiło się słabo na myśl, iż jedyną możliwością przywrócenia mu wolności jest zwycięstwo w tej wojnie. Tym bardziej czułem presję, by wrócić do Ameryki, aby nareszcie wyzwolić naród. Moje sprawy, przynajmniej na tę chwile, były na dobrej drodze, aby ziścić się po mojej myśli. Jednakże wszystko, co dobre, ma swój koniec. Moja beztroska skończyła się wraz z wkroczeniem najstarszej z sióstr do pokoju.

— Dostałeś listy — powiedziała poważnie. — Jeden od Hamiltona, który najwyraźniej bardzo za tobą tęskni, bowiem wysyła wiadomości tak dużo, iż głowa mała. Szkoda tylko, że przychodzą z takim opóźnieniem. Drugi jest od twojej żony. Boli mnie, iż pan Hamilton dominuje w twoich korespondencjach, razem z panem Ternantem, a do małżonki prawie wcale nie piszesz. Musi czuć się samotna i opuszczona, dlatego bądź tak dobry i odpisz jej chociaż na ten list. Macie córkę, lecz najwyraźniej i o niej zapomniałeś.

Pokiwałem głową bez słowa, nie chcąc prowokować kłótni z siostrą, po czym westchnąłem ciężko i poprosiłem, by położyła koperty na stoliku obok łóżka. Wyglądałem na ładny dziedziniec otaczający posiadłość wuja i zastanawiałem się, jak pięknie muszą pachnieć w tym czasie różane krzewy, jednak nie miałem ochoty wychodzić na zewnątrz, aby na własnej skórze się o tym przekonać. Jako dziecko lubiłem przyrodę w każdym jej ujęciu, począwszy od fauny, przeróżnego świata małży, żółwi i ogierów, na florze i kwiatach róży kończąc. Wszystko wydawało się takie poukładane, logiczne i harmonijne, iż zastanawiałem się niekiedy, czy w tak ułożonym świecie jest miejsce dla pierwiastka, który nie potrafi znaleźć własnego miejsca. Byłem samotny i smutny, wiedząc, że moi przyjaciele połączyli się w pary, znaleźli sobie innych przyjaciół lub kochanki, porzucając mnie, wypychając ze swojego kręgu i wykluczając, a ja jak samotny wilk musiałem radzić sobie sam w przerażającej, zimnej rzeczywistości. Wiele myślałem o Alexandrze i jego miękkich ustach, nieco mniej o Ternancie i jego złotym sercu, lecz wydawali mi się tak odlegli jak gwiazdy, zaś ich przyjaźń zbyt nieuchwytna, bym mógł nazywać ją wieczną. Od zawsze chciałem tylko miłości, o jakiej byt nie musiałbym się nigdy martwić, wierzyć w jej nieugiętość, piękno i idealizm, lecz Alexander (już nawet nie Francis) pokrzyżował wszystkie ścieżki do wiecznego szczęścia, pochłonął wszelką czułość, która kiedykolwiek napełniała moje serce i odebrał mi godność, której i tak miałem niewiele. Paradowałem w uczuciach między pojęciem miłości i nienawiści, kochając go i przeklinając jednocześnie, pożądając jego ust, dotyku, ale z drugiej strony nie chciałem już nigdy więcej spojrzeć w fiołkowe oczy chłopca, obrzucając jego postać wszystkimi najgorszymi epitetami, jakie tylko przychodziły mi na myśl. Dlaczego byłem tak głupi? Zastanawiałem się, jak nisko może upaść człowiek, jak bardzo krucha jest mentalność ludzka. Bo czy nie wystarczyło tylko raz mocniej ją dotknąć, musnąć choć odrobinkę zbyt intensywnie, by rozpadła się na milion kawałków, wpychając człowieka w otchłań Hadesu? Chciałem kochać Alexandra tak, jak wtedy w Valley Forge lub jeszcze lepiej — jak wtedy, w Filadelfii, kiedy pytałem go, zderzając nos z jego nosem, czy zostanie moim mężem. Słowa miłości same pchały się na usta, a ja wierzyłem w bajkową fatamorganę uczucia, jakie wplótł w moje serce. Ale czy to nie on oskarżał mnie o wplątanie w niego wrażliwości? Bujda — byliśmy tak samo pokrzywdzeni, lecz w bólu, cierpieniu i nienawiści świata on znalazł szczęście i spokój u boku kobiety, a ja przeżywałem wciąż najgorsze katusze, odnajdując ukojenie tylko w słodkim smaku śmierci. Czy w tamtej chwili pragnąłem umrzeć? Było mi obojętne, czy mam żyć dalej, czy skonać na miejscu. Lecz przed śmiercią pragnąłem zaznać jeszcze raz, jednego malutkiego uśmieszku od losu, jednego pocałunku i dopiero wtedy, myśląc o delikatnym, niemal niewyczuwalnym muśnięciu jego ust, zamknąć oczy i już nigdy ich nie otworzyć.

Huragan 1777Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz