ROZDZIAŁ TRZECI
____________________________________
Valley Forge, marzec 1778 roku.
ŻONA GENERAŁA GREENE'A była najładniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem na oczy i choć nie interesowały mnie przedstawicielki drugiej płci, oczarowała mnie samym swoim wizerunkiem, kiedy tylko przekroczyła próg posiadłości. Była ubrana w zieloną suknię w stylu angielskim z jakiegoś twardego materiału i tańcowała między mężczyznami, trzepocząc rzęsami, uśmiechając się szeroko lub poprawiając brązowe włosy związane niebotycznie wysoko. Pani Greene była kochliwą dziewczyną i niekoniecznie zadowalało ją małżeństwo ze starszym o dwanaście lat generałem, dlatego bez skrupułów, na oczach męża, otwarcie uwodziła wszystkich młodzieńców w jej wieku i choć mało który z nich odważył się odpowiedzieć na flirt w obawie o gniew dowódcy, Alexander nie zamierzał zmarnować okazji podziwiania kobiecego piękna i adorował jej od początku wieczoru, nie zważając na spojrzenia, szepty i moją złość. Wiedziałem, że był w swoim żywiole, iż z natury uwielbiał kokietować, mamić, wabić w swoje sidła nie tylko młodzieńców, ale i niewiasty i nie tylko dlatego, iż jego ofiary podobały mu się, ale przede wszystkim weseliło go. Uwielbiał siać zamęt w sercach, a jego urok zewnętrzny, słowa, które wypowiadał i niezwykły talent do wpływania na decyzje, myśli i czyny, sprawiały, że zawsze osiągał sukces prędzej czy później; byłem tego żywym przykładem i choć Alexander zapewniał mnie, że jestem jedyny i kocha mnie bardziej niż kogokolwiek wcześniej, czułem się potwornie. Bowiem co, jeżeli to wszystko było wyłącznie grą? Próbą uwiedzenia mnie, wykorzystaniem, zatruciem duszy, umysłu i serca tylko dlatego, iż sprawiało mu radość obserwowanie uzależnienia, wielkiej miłości w oczach innych, a także ich cierpienia w chwili, kiedy porzucał doczesnych kochanków na rzecz innych, pozornie lepszych, lecz skazanych na ten sam, podły los? Mówił, że mnie kocha, a tak naprawdę mógł myśleć, iż będę wyglądał żałośnie, patrząc, jak odjeżdża na koniu w stronę horyzontu, wypuszczając mą dłoń i odrzucając uczucie, które chciałem mu dać. Był dla mnie wszystkim, tak jak kiedyś Francis, a ja wiedziałem, że nie zniósłbym kolejnego rozstania z człowiekiem, jakiego przyrównałem do miana wszechświata. Moje nieszczęście stawało się irytujące. Zastanawiałem się, dlaczego nieustannie zakochuję się w złych ludziach, oddając serce każdemu mężczyźnie, który wyzna mi miłość, uśmiechnie się i otumani słowami, głosząc, iż prędzej słońca zgaśnie, ziemia zawali się, świat pochłoną płomienie, a niebo upadnie, niż on przestanie czuć do mnie to, co czuje. Czy prosiłem o tak wiele? Nie pragnąłem chwały, mimo że przyjeżdżałem do Ameryki, fałszywie o niej marząc, nie chciałem pieniędzy, nie pożądałem autorytetu, władzy i wyrafinowanej pozycji społecznej, ale czegoś, co jest znacznie prostsze, łatwiejsze, zdawałoby się do zdobycia i jednocześnie słodszego od miodu — fantazjowałem wyłącznie o miłości szczerej, bezsprzecznej i wiecznej. Być może oczekiwałem czegoś idealnego, ale z natury byłem idealistą. A Alexander? Jego charakter uniemożliwiał zaznanie szczęścia, jednak było już za późno, by się wycofać, ponieważ zdążyłem się już do niego przyzwyczaić i szczerze go pokochać. Oddałem mu moje serce, a on nie zamierzał mi go zwrócić, zaciskając na nim palce coraz to mocniej i mocniej, aby w końcu przebić je na wskroś i pozwolić krwi wypłynąć.
Siedziałem obok Barona von Steubena z widelcem wbitym w kawałek baraniny i obserwowałem w milczeniu, jak Alexander tańczy z panią Greene walca, obejmując ją i sunąc po sali, jakby unosiła się w powietrzu. Nie wiedziałem, że potrafił tak doskonale tańczyć i żałowałem, że nigdy nie dane nam będzie zatańczyć wspólnie, mimo że okoliczności i wszechobecnie pijaństwo umożliwiłyby nam przynajmniej jedną piosenkę. Przypomniał mi się sen o Francisie i nagle zrobiło mi się tak przykro, iż wydawało mi się, że zaraz wybuchnę płaczem jak dziecko i wzorem kapryśnej niewiasty opuszczę pomieszczenie, topiąc się w żalu i rozpaczy. Zastanawiałem się, czy Hamilton robi to specjalnie, chcąc wzbudzić we mnie zazdrość i tym samym uzmysłowić mi i sobie, jak potężnie mnie od siebie uzależnił, zademonstrować mi moją gorsza, straconą pozycję i pokazać, że bez niego byłbym nikim. Był ubrany w mundur ze szkarłatnym kołnierzem, kapelusz z kokardą w tym samym odcieniu czerwieni, beżowe spodnie i długie oficerki z klamrami; mimo że miał tendencję do garbienia się, w towarzystwie pani Greene starał się prostować plecy, by uchodzić za wyższego i przez to przystojniejszego, co uważałem za niemożliwe. Alexander mówił kiedyś, że Tallmadge został uznany za najładniejszego mężczyznę w armii, lecz nie mogłem w to uwierzyć, widząc twarz Hamiltona każdego dnia po przebudzeniu i w każdej z możliwych sytuacji. Jego urok, mimika, fizjonomia graniczyły z ideałem i nie były to tylko moje subiektywne uczucia, bowiem w gruncie rzeczy wszyscy zapytani, bez wahania poparliby moje słowa. Alexander był po prostu przepiękny, o idealnych proporcjach, chowając w sobie szkocką siłę i subtelność Francuza.
CZYTASZ
Huragan 1777
Historical FictionRok tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy. John Laurens przyjeżdża do obozu Washingtona.
