Ojcowska miłość

278 39 33
                                        

CZĘŚĆ DRUGA

l' formation

fama crescit eundo

Cyceron

ROZDZIAŁ PIERWSZY

____________________________________

Valley Forge, marzec 1778 roku.

FRANCIS I JA rozmawialiśmy dużo o kobietach. O ich włosach, sukienkach, rzęsach, nieskazitelnej skórze i radosnych spojrzeniach, a ja wiedziałem, iż podobne tematy sprawiają mu wielką, niesamowitą wręcz radość. Dla mnie były czymś pospolitym, obiektami przemykającymi się jak cienie ulicami Genewy, ale jednocześnie zdawałem sobie jasno sprawę z tego, iż kiedyś wezmę jedną z nich za żonę i stworzę z nią dużą rodzinę. Przyszłość wydawała mi się jednak wyłącznie przyszłością, a domniemane niesamowitości związane z ojcostwem — czymś tak odległym, że nie potrafiłem zahaczyć o to myśli. Mając lat dwadzieścia, nie chciałem być ojcem, marzyłem o pełnieniu roli kochanka i przyjaciela, pożądałem przygód, wojen i walki o chwałę daleko za granicami swojego na pozór spokojnego kraju, lecz kiedy wybuchła wojna, byłem już żonatym mężczyzną, który wyczekiwał pojawienia córki. Córki, o której nikomu nie powiedziałem w obozie z wyjątkiem markiza Lafayette'a. Wyjawiłem mu ów sekret, kiedy usiedliśmy obok siebie na skraju lasu, obserwując słońce odbijające się od białych od śniegu pól, przypominających wyjątkowo spienione morze. Gilbert stwierdził, że rzucają mu na myśl szampana, a ja zaśmiałem się głośno, od razu zauważając owe podobieństwo i, kładąc głowę na jego ramieniu, zapytałem:

— Musisz tęsknić za Francją, czyż nie? To w końcu twoja ojczyzna, w której zostawiłeś część swojego życia oraz tożsamość nie tylko narodową, ale przede wszystkim człowieczą. Brakuje ci zalanych słońcem pól? Złotej gwiazdy dziennej i rozkosznego poczucia, iż twoje życie ma jakiś sens, kiedy przechadzasz się w najlepszym fraku po ulicach Paryża?

Markiz westchnął ciężko, zderzając się ze mną głową, by kolejno jakby rozmarzony zamknąć oczy i chwycić mnie za rękę w taki sposób, że spletliśmy palce.

— I pyszne rhogaliki z dżemem — szepnął rozmarzony. — Oui, John, Frhancja ma wiele zalet, lecz najbahrdziej bhrak mi mojej żony i dziewczynek, każdego dnia o nich myślę i tęsknię tak barhdzo, że aż głowa mała, podpułkowniku. Moja żona to najpiękniejsza kobieta na świecie.

Wypuściłem powietrze przez usta, czując nagły przypływ nostalgii, smutku i pewności zarazem, po czym najzwyczajniej w świecie, jakbym robił coś prostego i nie bardzo istotnego, odparłem ze świstem:

— Też mam córkę — powiedziałem, a markiz uniósł głowę, patrząc na mnie ze zdziwieniem. — W styczniu skończyła roczek, lecz dotąd jej nie zobaczyłem, bowiem zanim się urodziła, musiałem zostawić jej matkę w Londynie i wrócić tutaj, do ojczyzny, by walczyć o swój honor i wolność mojego kraju.

Zwróciłem twarz w jego stronę, widząc białe jak śnieg policzki Gilberta i ciemne oczy wpatrzone we mnie z takim wyrazem, jakbym bluźnił lub uczynił coś potwornego.

— A co z 'Amiltonem? On wie?

Otoczyłem rękoma kolana i przycisnąłem je do piersi, nie zważając na śnieg i chłód bijący od ziemi, po czym zamknąłem oczy, wbijając w nie nos i wypuściłem przez usta powietrze. Każdego dnia Alexander powtarzał, że jestem „jedyny" w jego życiu, iż nikogo nigdy tak nie kochał i nie dopuścił do siebie na tyle blisko, by porzucić poboczne romanse i w całości oddać się tej osobie, a ja zaufałem mu na tyle i tak bardzo dałem się zniewolić jego słowom, iż zacząłem wstydzić się, że nigdy nie będę mógł zadeklarować podobnej wierności jemu. Martha stała się moim utrapieniem, marą, chimerą, Mojrą ściskającą między palcami nić bytowości swojego niewiernego męża-zboczeńca, czekając tylko na dobry moment, by ją przeciąć. Bałem się, że jeżeli Alexander dowiedziałby się o niej, tak zostawiłby mnie w jednej chwili — z pewnością byłby zdolny — czego bym nie przeżył. Odkąd Francis mnie porzucił, byłem bardzo nieszczęśliwy, zapomniałem już smaku miłości, omdlewającej słodyczy świadomości, iż ktoś na tym świecie kocha mnie i tęskni zawsze, nawet gdy jesteśmy ze sobą i trzymamy się za ręce. Czułem się jak nie ja, jak byt wyrwany z przedziwnej, ale rozkosznej masy, jak istota wyrwana ze snu i wprowadzona na paletę świata przez rękę, której chwyciłem się w ciemności. To niezwykłe, jak człowiek w teorii mi obcy, nieznośny i w gruncie rzeczy niekoniecznie przeze mnie lubiany na początku naszej znajomości, z taką dziecinną wręcz łatwością rozkochał mnie w sobie. Nie mogłem tego zniszczyć, dlatego nie miałem zamiaru powiedzieć mu o Marcie i dziecku.

Huragan 1777Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz