Rozdział 22

26 3 27
                                    



Było trzeba zostać w domu, a nie szukać wrażeń na wyprawie. Zginiemy, ta myśl ciągle krąży w mojej głowie. Siedzę na dużym kawale gruzu i wpatruję się od dłuższego czasu w swoje buty. Nie reaguję nawet na krzyki dowódcy. Z czasem zamilkł i chyba naprawdę uwierzył, że Regoński książę sam zdołał nas przechytrzyć i uciec. Uciekł i zostawił nas. Może to i lepiej? Teraz może dowódca postanowi odpuścić misję i wrócimy do domu?

Kątem oka dostrzegam Arcadius'a Harr'a jak rozmawia z Elias'em naszym głównym mechanikiem. Medyk, biolog... Pieprzony podgrzewacz się znalazł! Cholernych marzeń o lepszym jutrze mu się zachciało! A ja głupi pozwoliłem mu na zrealizowanie tego kretyńskiego planu. Jak nic wszyscy zginiemy. Więc co mi szkodzi zaryzykować?

Podnoszę się i wartkim krokiem ruszam w stronę Rani. Jest blada, roztrzęsiona, ale nadal piękna jak księżyc w pełni. Nie mam już nic do stracenia. Jeśli mam dziś zginąć. Chcę zrzucić z siebie ten ciężar.

- Rani – mówię do dziewczyny. Odwraca się w moją stronę, a ja padam na kolana – Zrób mi ten zaszczyt i zostań moją narzeczoną! - mówię na jednym wydechu z napięciem czekając na odpowiedź mojej lubej.

- Nie – odpowiada dosadnie – Już ci mówiłam czego ja chcę.

Zaciskam usta i patrzę na nią spode łba. Ojciec wychował ją na buntowniczkę. Jej zachowanie mnie intryguje i złości zarazem.

- Rani, bądź poważna – wstaję i łapię ją za ramiona.

- Nie! - krzyczy strzepując moje ręce – Nawet gdybym miała dokonać teraz swego żywota!

Zgromiła mnie swoim granatowymi jak burzowe niebo oczami i oddaliła się w stronę swego ojca, który właśnie zabijał mnie wzrokiem.

- A zdychaj sobie jako wieczna dziewica! - krzyczę na cały plac i oddalam się wściekły jak nigdy.



))



Przeklęty młokos gromię wzrokiem sierżanta Reiji'go, Za dużo sobie pozwala. Ruszam w jego stronę słysząc jak obraża moją córkę na oczach całej ekspedycji. Nagle czuję ucisk na prawej ręce. Gwałtownie się obracam i napotykam oczy w kolorze jasnego piwa. Zaciskam usta i wyrywam gwałtownie rękę.

- Uspokój się – mówi Elias – Jest młody, boi się... No co? - pyta widząc moją reakcja jego słowa – To chyba normalne w obecnej sytuacji. Ja sam wolałbym być teraz gdzieś indziej i robić milsze rzeczy niż...

- Airr! - wywód mego przyjaciela przerywa nagły krzyk dowódcy. Obracamy się w jego kierunku i przybieramy neutralne maski. Jest zdesperowany i chodzi jak naładowany pistolet. W tym stanie jest bardzo niebezpieczny. Teraz każdy członek załogi, nawet cywil musi się liczyć z ryzykiem śmierci z jego ręki.

- Naprawiłeś?! - mówi stając naprzeciwko Elias'a. Brunet spuszcza głowę i posępnieje.

- To niewykonalne w obecnych warunkach. Turbina została wysadzona w drobny mak. Bez nowych części... - cichnie i po chwili podrywa głowę z wyraźną iskrą w oku – Statek nie ma szans polecieć. No chyba, że z nieba nam zleci nowa turbina lub huta stali z odlewnią i odpowiednim sprzętem...

- Dobra, dobra zrozumiałem. Nie poleci! - warczy już bardziej z bezsilności niż złości.

Czyżby potwór taki jak on, też posiadał ludzką twarz? Zaczynam się zastanawiać.

Czas RegonisOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz