#8

308 37 293
                                        

czerwiec 1975

Nasz czwarty rok w Hogwarcie dobiegł końca. Było naprawdę genialnie, zdobyliśmy puchar quidditcha, a profesor Kettleburn rozmnożył świergotniki. To wymagające bestie -  swoim śpiewem mogą z czasem doprowadzić do szaleństwa. Trzeba co miesiąc odnawiać zaklęcia uciszające, do tego, robić całe mnóstwo rzeczy, by ptaki były zadowolone, a ich cenne piórka lśniące. Profesor ma licencję na posiadanie świergotników, jako jedna z niewielu osób w Wielkiej Brytanii. Nic dziwnego, bo staruszek naprawdę zna się na swojej robocie, a w dodatku jest najuważniejszym i najpoczciwszym człowiekiem pod słońcem. Byliśmy w szoku, gdy na dodatkowych zajęciach z magicznych stworzeń zapowiedział, że będziemy asystować w kluciu. Wszystko nam wytłumaczył, naszykowaliśmy co trzeba, a w trakcie mogliśmy już tylko patrzeć, jak nakrapiane jajeczka pękają, ujawniając kolorowe ciałka pisklaków.

Rzadko się wzruszam, ale to było niesamowite. Prawdziwy cud, dwa maleńkie, jeszcze wilgotne ptaszki, podnoszące głowy, by wydać pierwsze dźwięki. Wtedy ostatecznie postanowiłam, że tym właśnie chcę się zajmować, że chcę być częścią czegoś takiego. Prowadzić stworzenia, które nie każdy umie otoczyć opieką, przez naturalny cykl, tak, by nigdy nie zabrakło ich na świecie. Żebyśmy mogli podziwiać ich różnorodność.

- Ciasteczko, Dor? - dobiegł mnie głos Lily. Wyciągnęłam dłoń po kociołkowego pieguska, po czym rozłożyłam się wygodniej na siedzeniu. 

- Dobrze, że szybko ogarnęłyśmy zajmowanie przedziału na tyle pociągu - powiedziałam z ustami pełnymi słodkości - Nikt się nie dosiada i mamy dużo miejsca. Oby tak było też potem, gdy już zaczniesz jeździć z prefektami, Lils.

- Zostaniemy same, więc kto wie - westchnęła Mary znad mugolskiej gazety, którą sowa zdążyła dostarczyć jej przy śniadaniu.

Lily zapowietrzyła się lekko. Doskonale wiedziałam, jak chciałaby zostać prefektem, ale, jak to ona, tkwiła w przekonaniu, że czegoś jej brakuje.

I, szczerze, życzyłam rudej tej odznaki właśnie dlatego. Żeby w końcu nabrała pewności siebie.

- Jeszcze nie wiadomo, czy Dumbledore mnie wybierze - zaprotestowała, a nam z Mary nie pozostało nic innego, niż wymiana znaczących spojrzeń.

- Wiesz lepiej niż ja, że najczęściej bierze kogoś z piątego roku - odparłam, sięgając po kolejne ciastko - A skoro tak, to kogo miałby wybrać? Spośród dziewczyn ty uczysz się najlepiej.

- Marlene idzie niewiele gorzej, poza tym...

Prychnęłam, aż kawałek pieguska wpadł mi nie tam, gdzie trzeba, i musiałam odkrztusić, podczas, gdy Lily kontynuowała swoją śpiewkę pełną porównywania własnej osoby z każdą Gryfonką, potrafiącą odróżnić ropuchę od czekoladowej żaby.

- ... a w ogóle, to trochę dziwnie mi z tym, że ona nigdy z nami nie jeździ - dokończyła po dłuższej chwili i wtedy mnie odblokowało.

- No całe szczęście! - zakrzyknęłam, mając w pamięci kłótnię, którą odbyłam z McKinnon przed opuszczeniem dormitorium - Pewnie i tak by z nami nie gadała, tylko robiłaby sobie pasemka, albo coś w tym stylu. Ma swoje przyjaciółeczki, niech tak zostanie.

- Ja tam myślę, że jednak trochę ją izolujemy - rzuciła Mary. Ta cholera odzywała się rzadko, ale porządnie. Evans ruszyło, aż jej ciastko spadło na podołek.

Edukacja Marlene [Dorlene, Era Huncwotów]Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz