Ucieczka | Rozdział 2

1.2K 44 6
                                        


Wiem, że często nasz los nie jest zależny od nas, że często o naszym życiu decydują ludzie, którzy nie powinni tego robić. A my, mimo że doskonale zdajemy sobie z tego sprawę pozwalamy na to. Możemy coś zrobić, a tego nie robimy. Po prostu czekamy co ta osoba zrobi, co zdecyduje lub co ją spotka.

W nocy poczułam jak ktoś szarpie mnie za ramie i zasłania usta dłonią. Otworzyłam przerażona oczy i przejechałam nimi po pokoju. W komnacie panował półmrok, ale udało mi się dostrzec zarys jakiegoś człowieka. Po chwili udało mi się rozpoznać kim jest ten człowiek - Profesor.

- Już czas księżniczko – powiedział szeptem, a ja od razu zrozumiałam. Miraz'owi urodził się syn...

- Spotkajmy się w zbrojowni – powiedziałam i szybkim tempem podeszłam do szafy z której dna wciągnęłam czarną, szeroką suknie, gorset i pelerynę. Szybko założyłam suknie na której związałam gorset, a na plecy zarzuciłam pelerynę. Jak najciszej skierowałam się do zbrojowni, a gdy tam dotarłam w oczy rzucił mi się Kaspian biorący do ręki miecz.

- Bellatrix? Co Ty tu robisz? – spytał podchodząc do mnie.

- Jak to co? Uciekam z Tobą – wyjaśniłam i wzięłam do ręki mały sztylet, miecz i pas, do którego wszystko przyczepiłam.

- Twoja siostra musi uciekać z Tobą, Książę – powiedział Profesor przyprowadzając czarnego konia.

Z małą pomocą Kaspiana weszłam na niego i po złapaniu chłopaka w pasie ruszyliśmy przed siebie.

- Stać!

- Zatrzymać ich!

- Zamknąć bramy!

Wszyscy krzyczeli, a ja starałam się nie spaść co nie było łatwe, ponieważ cały czas musiałam unikać ostrza mieczy, które były kierowane w moją i mojego brata stronę. Gdy wjechaliśmy do lasu strażnicy wciąż nas gonili. W pewnym momencie koń się czegoś przestraszył przez co z niego zleciałam.

- Bellatrix! – krzyknął Kaspian i zawrócił w moją stronę.

- Nie! Nie zawracaj, jedź dalej! – krzyknęłam, a on się zatrzymał.

- Nie mogę Cię zostawić.

- Słuchaj, jak złapią Ciebie, czeka Cię pewna śmierć, jak złapią mnie, będę żyła, ale nie tak jak teraz. – Chłopak patrzył na mnie, a z tyłu słyszałam krzyki żołnierzy. – Na co czekasz?! Jedź!

- Nie chcę Cię zostawiać... - powiedział chłopak cicho.

Usłyszałam łamane gałęzie i odwróciłam głowę w stronę nadjeżdżających koni.

- Jedź!

Chłopak ruszył, a ja podniosłam się z ziemi i stanęłam przed strażnikami wyciągając miecz. Dwóch żołnierzy zeskoczyło ze swoich koni i wystawili w moją stronę miecze. Wiedziałam, że nie wygram, ale musiałam dać Kaspian'owi czas na ucieczkę. Broniłam się jak najdłużej mogłam, lecz w końcu mój miecz wypadł mi z ręki, a żołnierze złapali mnie za ramiona.

- Proszę, proszę – powiedział generał uśmiechając się. – Weźcie ją, tylko żywą! – rozkazał, a jeden ze strażników posadził mnie na koniu i usiadł za mną. – Zawieź ją do zamku. Reszta za mną! - rozkazał i ruszył z pozostałymi żołnierzami.

Jechaliśmy tak długo, że słońce zdążyło już wyjść zza horyzontu. Byłam strasznie zmęczona, ale nawet na chwilę nie zamknęłam oczu. Nie teraz, to zbyt niebezpieczne. Gdy byliśmy w pałacu dwóch strażników zaprowadziło mnie do mojej komnaty. Schowałam sztylet do rękawa sukni i usiadłam na łóżku nie robiąc nic. Po prostu siedziałam i modliłam się w duchu, aby Kaspian'owi udało się uciec. Przesiedziałam tak praktycznie cały dzień. Dopiero wieczorem usłyszałam, że ktoś wchodzi do mojej komnaty. Był to Miraz. Zerknęłam na niego ale szybko odwróciłam wzrok. Poczułam jak materac się ugina.

- Gdzie on jest? – zapytał szorstko Miraz, lecz jak milczałam. – Rozumiem, chronisz brata, ale muszę to wiedzieć, aby móc go chronić.

- Kłamiesz. – powiedziałam patrząc przed siebie.

- Czego Ty chcesz? – spytał zły.

- Pozwól mi odejść – powiedziałam i spojrzałam na niego. – Każdemu zaprzeczę, że jestem z Tobą spokrewniona i sprawi mi to ogromną satysfakcję – wysyczałam patrząc na niego.

- Jestem Twoim opiekunem! I będziesz robić co Ci każę! – wrzasnął a ja poczułam jak w oczach zbierają mi się łzy. – Nie chcesz powiedzieć gdzie jest? Dobrze, sam się dowiem. – powiedział wstając – A teraz oddaj mi go. W końcu to mój sztylet – spojrzałam na niego zapłakana i wyciągnęłam z rękawa broń. Gdy podałam mu sztylet wyrwał go i odszedł w stronę drzwi, a ja zakryłam usta ręką. – Zamknijcie ją i nie wypuszczajcie. Na balkonie postawcie straże – rozkazał Miraz i trzasnął drzwiami.

Upadłam na kolana i zaczęłam głośno płakać. Właśnie straciłam nie tylko brata, ale i wolność. Pociągnęłam głośno nosem i przesunęłam się do drzwi o które się oparłam. Podciągnęłam kolana pod szyję i schowałam twarz w dłoniach. Siedziałam tak chwilę, a następnie spojrzałam na okno, gdzie zobaczyłam hełm jednego ze strażników. Wstałam i zasłoniłam wszystkie firanki jakie miałam przy oknach. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Przeczesałam włosy ręką i spojrzałam na swoją toaletkę. Podeszłam do niej i jednym machnięciem ręki zrzuciłam z niej wszystko. Następnie zaczęłam wyrzucać wszystko z szuflad, aż w końcu przewróciłam cały mebel. Później podeszłam do półki z książkami, które zaczęłam zrzucać. Brałam kilka książek naraz i rzucałam je za siebie. Gdy książki się skończyły krzyknęłam z wściekłością i po prostu położyłam się do łóżka. Znowu zaczęłam płakać z bezsilności i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

Obudziły mnie promienie słońca, które przebijały się przez zasłony. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się wokół siebie. Wszędzie leżały kawałki szkła od stłuczonego lustra z toaletki i rozbitych perfum, a książki leżące na ziemi miały powyginane strony. Spojrzałam w stronę drzwi, pod którymi stała taca z jedzeniem. Prychnęłam pod nosem i uważając na szkoło podniosłam toaletkę, a następnie zaczęłam podnosić książki.

Wzięłam kilka książek do ręki i tak jak wcześniej je rzucałam, tak teraz zaczęłam je układać. Starałam się to robić jak najdłużej, aby czas szybciej zleciał co na szczęście się udawało. Gdy poukładałam książki wyciągnęłam z szafy zieloną suknię z długim rękawem sięgającą do kostek i poszłam do łazienki gdzie się umyłam i przebrałam. Po południu zaczęłam czuć, że jestem głodna. Spojrzałam na jedzenie pod drzwiami i kucnęłam przy nim. Były to już od dawna zimne naleśniki z owocami i czekoladą. Obok dwie szklanki, jedna z sokiem, a druga z herbatą. Podniosłam tacę i usiadłam z nią na łóżku. Powoli zaczęłam jeść. Było dobre, ale oczywiście zimne, co zmieniało całkowicie smak. Do tego zamiast jeść z bratem teraz siedziałam sama w komnacie, na dodatek pod nadzorem żołnierzy.

Gdy zjadłam westchnęłam i położyłam tacę na wcześniejsze miejsce. Wyciągnęłam z szuflady nie dokończoną książkę i po oparciu się o ścianę na łóżku zaczęłam czytać.

Chocolade Eyes Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz