A może to ja jestem potworem?

145 18 8
                                        

Poprowadzili nas wzdłuż ciemnego korytarza, w którym okropnie roznosił się zapach martwych ryb. Natychmiast się skrzywiłam i szarpnęłam ręką zapiętą na plecach aby odgonić odór. Mężczyzna, który trzymał mnie za ramię parsknął i klepiąc mnie w tyłek, sapnął:

- Widzę, że ruchliwa jesteś...

- Szczególnie kiedy znajduję się w jakiejś rybackiej chłodni, a facet, który śmierdzi jeszcze gorzej od tych ryb klepie mnie w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Powiedz, trzymacie tutaj tylko ryby czy może każdą osobę, jaką daliście radę złapać? - Spytałam czując jak na mojej twarzy wykwita zwycięski uśmiech. Osiłek zatrzymał się, a zaraz za nim stanęli kolejni, którzy prowadzili Lottie i Lisę.

Usłyszałam cichy śmiech z tyłu, a zaraz za nim pisk i odgłos padającego na mokrą podłogę ciała. Wstrzymałam oddech i poczułam jak mój oprawca podchodzi do mnie.

- Nigdy nie odzywaj się nieproszona - zagroził gardłowym basem, aż na moim karku włoski stanęły dęba. - Bo nie ty, a one ucierpią. Idziemy. - Szarpnął moje ramię i poprowadził dalej. Z mojej twarzy znikł uśmiech, a zastąpiła go niepewność. Niepewność czy on na prawdę planuje ukarać moich przyjaciół za coś, czego nie zrobili. Co ja zrobiłam...

Odwróciłam głowę w stronę dziewczyn, ale jedyne co zobaczyłam to mrok korytarza. Nie zastanawiając się długo palnęłam na cały głos:

- Bella zawsze była bezmyślna, ale wiedziała co robić. - Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w ciszę zakłócaną odgłosami kroków.

- Nawet rybak Santiago nie był tak bezmyślny. Miał kompana, a Bella miała Edwarda.

Zrozumiała, aż za dobrze.

- Zamknąć się, suki. Nie mają o czym gadać tylko o książkach... - Krzyknął jeden z mężczyzn.

Wyszliśmy z ciemnego korytarza i znaleźliśmy się na zewnątrz. Słońce wychodziło nad horyzontem oświetlając ląd łunami żółci i bieli. Staliśmy właśnie przed furgonetką, która nas tutaj przywiozła. Po kolei wprowadzono nas do środka bagażnika, mnie umieszczając ostatnią. Zatrzasnęli drzwi i w bagażniku zapanowała ciemność.

- Lottie, gdzie jesteś? - Spytałam szukając po omacku czegoś do podtrzymania się w pozycji stojącej.

- Lewy róg. Siedzę z Lisą. - Odpowiedziała natychmiast, dzięki czemu odnalezienie ich poszło mi o wiele sprawniej. Usiadłam tuż przy mojej przyjaciółce, na której kolanach spoczywała śpiąca głowa Lisy. - Widziałaś co jej zrobili? - spytała po dłuższej ciszy.

- Wolę nie wiedzieć, co zrobiliby z nią, gdybyśmy nie urządziły imprezy.

- Ale co my z nią zrobimy? Nie możemy zawieść jej do szpitala, ani na komisariat.

- Za to co zrobił Dmitrij jest poszukiwana w całym okręgu. Nie może zostać w hrabstwie, ani w Kalifornii.

- Myślisz, że w Nevadzie znajdziemy schronienie dla niej? - W jej głosie usłyszałam wyraźne powątpiewanie.

- Myślę, że znajdziemy tam coś o wiele więcej. Skoro Dmitrij jest moim ojcem, a ja urodziłam się w Las Vegas powinnyśmy zacząć szukać właśnie tam.

***

Nie wiem ile zajęła nam droga powrotna, ale gdy w końcu wysiadłam z tej zatęchniętej furgonetki słońce górowało na niebie. Ludzie Dmitrija zostawili naszą trójkę na obrzeżach Los Angeles, a stąd miałyśmy tylko jakąś godzinę drogi pieszo do Malibu. Jednak nie chciałam tam wracać, nie chciałam widzieć zamartwiającej się mamy, nie chciałam widzieć zagubionego Carla i nie chciałam widzieć Marshalla ciskającego szklankami o ścianę z frustracji i niepokoju. Pozostawiając Lottie z wciąż płaczącą Lisą znalazłam budkę telefoniczną, która znajdowała się jedynie kilka metrów od garażu, gdzie odpoczywały moje przyjaciółki.

To już koniec opublikowanych części.

⏰ Ostatnio Aktualizowane: Feb 19, 2017 ⏰

Dodaj to dzieło do Biblioteki, aby dostawać powiadomienia o nowych częściach!

M.I.A.Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz