Czasami ludzie rodzą się z defektami. Może to być zdeformowana twarz, czy inna część ciała. Inni rodzą się z chorobą psychiczną. Nie zawsze objawia się w dzieciństwie. Najczęściej to nerwica, schizofrenia, a nawet coś przez co stajesz się mordercą.
Obiecuję, że jeśli opuszczę to lotnisko, to znajdę tego skurwiela i zatłukę go własnymi pięściami. A tego dupka, który właśnie strzelił w sufit własnoręcznie zaprowadzę do psychiatryka. Niech się leczy, bo w więzieniu trzeba myśleć.
Kolejny strzał.
Było ich już trzy. Z każdym kolejnym moje ciśnienie rosło. Gdzie jest Lottie. Do cholery, muszę ją znaleźć. I uciec stąd. I uratować tych wszystkich ludzi.
Nie zaważając na to, jak będzie to głupio brzmieć, wykrzyknęłam zdanie oznaczające to samo co "Żyje, nic mi się nie stało. Musimy uciekać." :
- Pomarańcze lubią sok z brzoskwinią i chcą do Santiago!
Przez salę przebiegł szmer.
- Ale i tak każdy woli Edwarda, tak samo jak Bella! - odkrzyknęła.
Dziękuję mojej matce, że mam drugie imię. I Lottie tak samo. Trudno byłoby wymyślić hasło porozumiewawcze do imienia, które po hebrajsku oznacza Maryję. Tym bardziej do nazwy ciasta...
Przykucnęłam i cicho zaczęłam się przemieszczać. Ten dupek musi nas teraz szukać w ciemnościach, a ja muszę znaleźć jego. Żywy świadek, a nawet dowód to niecodzienne zdarzenie. Wyduszę z niego całą prawdę, jak sok z ananasa.
Cholera, jestem głodna.
Przemieszczałam się między drżącymi nogami ludzi. Czułam jak moje kolana szurają po chłodnej podłodze, zostawiając ślad na spodniach. W budynku było słychać szepty i płacz.
Nagle rozbłysło światło, a ja zorientowałam się, że znajduję się pod kroczem jakiegoś dwumetrowego mężczyzny. Szybko podreptałam dalej, uważając aby zostać jak najbardziej zasłoniętą sylwetkami ludzi.
Musiałam przedostać się jakoś do łazienki. To jedyne miejsce na szybkie wymyślenie planu. I jedyne, w którym powinnam być bezpieczna... przynajmniej na dziesięć minut. Z plecaka Lottie, który miałam ze sobą wyjęłam blond perukę i czerwoną koszulę. Założyłam je szybko na siebie i wyprostowałam się. Przebiegłam wzrokiem po sali, ale mężczyzny nie widziałam.
W pomieszczeniu walał się gruz z sufitu. Podłoga była pokryta kurzem i zniszczonym tynkiem. Na niektórych twarzach można było dostrzec ślady krwi.
Przeze mnie są ranni.
Czułam jak rośnie we mnie uczucie winy. Moje sumienie wygrało i teraz będzie mnie męczyć przez najbliższe lata... co ja gadam! Będę się czuła źle z tym aż do śmierci.
Ruszyłam powoli w stronę łazienek, garbiąc się. Torba, którą miałam na ramieniu i plecak tylko pogorszyły sprawę ściągając mnie w dół.
Na salę wbiegli sanitariusze i oficerowie. Ci pierwsi od razu zajęli się opatrywaniem rannych, a ci drudzy zaczęli przeszukiwać bagaże i ludzi. Przyspieszyłam kroku. Wątpię, żeby uszło mi na sucho to, że w torbie - i tak już wyglądającej podejrzanie - mam połowę swojego arsenału... Który trzymam pod łóżkiem.
Dotarłam do drzwi chwilę później. Były otwarte, a przez nie widziałam czyjąś poranioną stopę opartą o umywalkę. Wślizgnęłam się do środka i osłupiałam.
- Co ci jest?! - krzyknęłam do wściekłej Lottie.
Obrzuciła mnie nienawistnym spojrzeniem. Prawą ręką trzymała papierowy ręcznik na łydce. Nogawka jej jeansów była mocno przesiąknęta krwią.
CZYTASZ
M.I.A.
Teen Fiction*Lekcja w przedszkolu* - Dzieci, jak myślicie, kim jest przestępca? Przestępca. Fajnie brzmi. Zanim się orientuję, moja ręka już wisi w powietrzu. - Ja wiem! - krzyczę - Więc kim jest przestępca? - Ja nim będę. - odpowiadam zadowolona.
