2.2

359 40 1
                                        

Dean ze wściekłością rzucił torbę na rozkładane łóżko w pokoju gościnnym. Był tak nabuzowany, że musiał podjąć niezły wysiłek, aby nie trzasnąć drzwiami, ani nie wyładować złości na żadnej z niewinnych ozdób w pokoju.

Nawet przy zamkniętych drzwiach, głos Casa unosił się ku górze i przedostawał przez szparę pod drzwiami, niczym trująca mgła, z której Dean nie mógł uciec. Chichotał z czegoś - Dean nie słyszał żadnych słów - ale cokolwiek to było, musiało być cholernie przezabawne, skoro wyciągnęło z tego pozbawionego emocji, ograniczonego kutasa jakiekolwiek pozytywne uczucie.

Dean podniósł swoją torbę tylko po to, by móc ją rzucić z powrotem na kanapę. Zamknął oczy, zaczął liczyć do dziesięciu, tak jak zawsze mówił mu Sammy, i oddychał.

Więc Castiel zdecydowanie go pamiętał. I najwyraźniej nadal nie wybaczył mu skandalicznej zbrodni polubienia go. Dean prychnął. Tak, przynajmniej to nie będzie już problemem.

To, co sprawiało, że wszystko było dziesięć razy gorsze, to fakt, że Cas zrobił się gorący. I nie w sensie "tylko wydoroślałeś" gorący, ale "kurwa, cholera, czy ty jesteś modelem?" gorący. I to wkurzało Deana, bo Cas zawsze był piękny. Nikt inny w szkole nie wydawał się tego zauważać; Dean spędził cztery lata zastanawiając się, dlaczego, do cholery, Cas nigdy nie umawiał się z nikim, bo szczerze mówiąc, kolor jego oczu zapierał dech w piersi Deana. Cas uśmiechał się do niego czasami, zwykle wtedy, gdy Dean zdecydowanie na to nie zasługiwał, a jego serce biło razem z tym uśmiechem przez wiele tygodni.

Teraz stał w pokoju gościnnym swojego młodszego brata, dziesięć lat później, próbując nie dopuścić do tego, żeby to się powtórzyło. Jeśli zignorowałby by fakt, że Cas był homofobicznym dupkiem, okazało by się, że był również najbardziej oszałamiającym mężczyzną, jakiego Dean kiedykolwiek widział. Nie nosił już okularów i połowie Deana było żal z tego powodu, bo zawsze lubił sposób, w jaki oprawiały jego oczy. Druga połowa była zadowolona z niezakłóconego widoku na jego oczy. Był prawie wysoki jak Dean, miał silnie wyglądające ramiona i szczupłą sylwetkę, której Dean nigdy wcześniej nie dostrzegał pod wszystkimi warstwami obszernych swetrów, które wtedy nosił. Jego włosy wciąż były rozczochrane w sposób, który wydawał się celowy i jednocześnie całkowicie nie do opanowania. Miał także zarost, który Dean rozpaczliwie chciałby czuć po wewnętrznych stronach swoich ud, gdyby tylko nie należał on do kogoś tak cholernie irytującego.

Gardłowy głos Casa, który zwykle wysłałby ogień wzdłuż zakończeń nerwowych Deana, teraz sprawiał, że miał ochotę zgrzytać zębami.

Ponownie usłyszał śmiech Castiela dobiegający z dołu i w przypływie wściekłości Dean podniósł swoją torbę z kanapy i rzucił nią na podwójne łóżko dla gości. Dlaczego, do cholery, Cas tu w ogóle był? Przecież gdzieś w pobliżu musiał być jego dom.

Usiadł na łóżku i przeciągnął ręką po twarzy. I jakby tego było mało, Sam i Jess najwyraźniej uważali, że Cas był jakimś aniołem. Wydawali się być bardzo podekscytowani perspektywą spotkania swoich dwóch drużb, jakby mieli zostać najlepszymi psiapsiółkami przed końcem tygodnia. Czasami Dean martwił się nieudolnością oceny sytuacji przez Sama. Co mu przypomniało, dlaczego Sam wydawał się tak przejęty faktem, że Dean mógłby się z nim przespać? Jasne, bez wątpienia Cas był cholernie wspaniały. Właściwie niesprawiedliwie wspaniały i nie można było zaprzeczyć, że był inteligentny. Ale był też nudnym, osądzającym, nadętym sukinsynem. I tak nie chciałby się z nim przespać, biorąc pod uwagę, jak bardzo zniesmaczony był tym, że Dean zaprosił go na randkę. Był już zmęczony; przebywanie w towarzystwie Casa przez pięć minut sprawiło, że znów poczuł się jak przestraszony nastolatek.

Forget-Me-Not BluesOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz