Środa, 11 czerwca 2014
— Co do cholery, Cas?! — Dean śmiał się, opierając o blat kuchenny z trzęsącymi się ramionami. Starał się nie pozwolić, by zdezorientowana zmarszczka na czole Casa nie doprowadziła go do kolejnych ataków (bardzo męskich) chichotów. — Próbujesz złamać wszystkim zęby?
Dean wskazał na miskę z jajkami, pełną kawałków twardej skorupki, i wciąż zanosił się śmiechem. Cas nie mylił się wczoraj, naprawdę był najgorszym piekarzem, jakiego Dean kiedykolwiek spotkał. Może z wyjątkiem Sama, ale on przynajmniej miał wymówkę, że nigdy nie mieszkał sam. Cas najwyraźniej był po prostu rozpaczliwie beznadziejny.
Kiedy po raz pierwszy zawiązali fartuchy wokół swoich talii - co stało się na absolutne naleganie Casa, który spojrzał na Deana i wystarczyła chwila, by się poddał i nałożył coś, co ochroni ich ubrania przed niepotrzebnymi plamami - Cas stał całkowicie zaskoczony na środku kuchni i po prostu... gapił się na Deana. Jakby był gotów wykonać każde jego polecenie w najdrobniejszych szczegółach. W jego oczach było tyle zaufania, że Dean widział w nim tylko urocze kaczątko. Wyglądał śmiesznie słodko, czekając na instrukcje z otwartą buzią i krzywo zawiązanym fartuchem i Dean musiał zaciskać pięści, starając się nie wyciągnąć rąk i nie wyprostować go za niego.
Dean starał się przypomnieć o swoim pierwszym wypieku i pozostawił mu to, co jak przypuszczał, było najłatwiejszym zadaniem, polegającym na rozbijaniu jaj do miski. I tak, najwyraźniej nie była to odpowiednia droga. Dean był właśnie w trakcie odmierzania odpowiedniej ilości mąki, kiedy Cas odwrócił się, by spojrzeć na niego z dumą.
— Gotowe — powiedział z wyczekującym uśmiechem na twarzy i wtedy Dean zaczął się śmiać. Uśmiech Casa opadł, gdy zajrzał do miski.
— Poważnie, Cas, nigdy w życiu niczego nie upiekłeś? — Dean pokiwał głową. Ramiona Casa opadły.
— Nie.
— Nigdy nie przygotowywałeś jajek?
— Nie — westchnął Cas nieco ostrzejszym głosem, gdy zaczął majstrować przy końcu sznurka od fartucha. Dean pokręcił głową z niedowierzającym uśmiechem.
— To co ty do diabła jesz, stary?
Cas wzruszył ramionami i ze smutkiem spojrzał na miskę.
— Makarony? — odpowiedział. — I kanapki. I czasami pizzę.
Dean uśmiechnął się czule, podczas gdy Cas odwrócił wzrok i podszedł bliżej. Podał Casowi łyżeczkę i namówił go, aby zaczął wybierać kawałki skorupek.
— Cóż, kiedy będzie po wszystkim, definitywnie nauczę cię gotować.
Cas odwrócił głowę tak szybko, że wyglądało to całkiem boleśnie, a Dean natychmiast się zarumienił. Cholera. Naprawdę musi zacząć myśleć, zanim się odezwie.
— Uch — wydostało się z ust Deana. Potarł kark i oderwał wzrok od szeroko otwartych oczu Casa. — Albo nie. Nie ważne. Jestem pewien, że masz kogoś, kto cię nauczy.
Cas zamrugał i wrócił do swojego zadania, a Dean, ignorując różowy odcień na szyi Casa, kontynuował odmierzanie mąki.
— Właściwie to nie — powiedział ostrożnie Cas. — Gadreel mieszka w Kansas, Balthazar w Anglii, Anna w Nowym Jorku, a Gabriel żywi się słodyczami.
Dean zaśmiał się głośno, odchylając na chwilę głowę do tyłu, wdzięczny za zniesione napięcie.
— O rany — powiedział, kręcąc głową. — Stary dobry Gabe. Jak on się ma?
CZYTASZ
Forget-Me-Not Blues
FanfictionSam i Jess brali ślub i Dean nie mógł się z tego powodu bardziej cieszyć. Szczerze, oboje obrzydliwie perfekcyjnie do siebie pasowali i Dean był całkiem podekscytowany, że spędzi z nimi cały tydzień przed ceremonią. Był drużbą Sama i wcale nie przes...
