XXIII. Świt przesilenia

659 202 640
                                        

— Nazwisko?

— Reyes. Esteban Reyes  — odpowiedział speszony szorstkim głosem rządcy młodzieniec. 

— Urodzony?

— Pierwszego lutego... tysiąc osiemset pięćdziesiątego ósmego — wydukał. — W Oviedo — dodał naprędce. 

— W Asturii? — Pedro podniósł spojrzenie znad dokumentu, w który wpisywał podawane przez chłopaka informacje. Odepchnął się nogą. Krzesło zakołysało się. Zarządca majątku Álvarezów założył umazane atramentem dłonie, wyraźne spracowane, za głowę. — Co sprowadziło cię tutaj? 

— Pewne... sprawy. — Esteban westchnął cicho. Nie lubił się zwierzać. A na pewno nie przed obcym człowiekiem. Pedro skinął głową. 

— Zazwyczaj spisujemy dane pracowników, nim podejmą się roboty, ale ostatnio mieliśmy tu nieco bałaganu — przyznał niechętnie.

Pedro nie dowierzał, że w trakcie jego nieobecności spowodowanej lekkim przeziębieniem sprawy tak się skomplikują. W magazynie znikąd pojawiły się podejrzane sadzonki, które don Héctor rozkazał natychmiast wywieźć. Zapowiedział też, że odtąd to tylko on będzie wydawał rozporządzenia, a słowa jego syna nie mają już żadnego znaczenia. Nakazał też zakopać te doły, które zmuszony był wykopać Esteban, bo starzy pracownicy postanowili wykorzystać nowego kolegę, do którego podeszli z rezerwą. Żółtodzioby nigdy nie mieli nigdzie łatwo. 

— Dostaniesz zapłatę za wszystko. Nie martw się — zapewnił zarządca. 

— Jeżeli chodzi o te... wykopy. — Głos mu zadrżał. — To już zasypałem... — wyjaśnił Esteban.

Pedro skinął głową. Muszę na nowo wdrożyć się w sytuację winnicy, pomyślał. Dużo spraw mu umknęło. Nie znosił świadomości, że nie ma nad czymś kontroli. Zamierzał przywrócić stary porządek. Skoro młody Álvarez stracił władzę, nic nie powinno go zaskoczyć. Oddany był Héctorowi, to jemu w pełni ufał, a pomysły Davida tylko go niepokoiły... Godziło jego dumę, iż musi się uginać przed młodziakiem. Spojrzał na Estebana. Dał mu należną sumę pieniędzy, którą takim jak on wypłacano co dzień, a nie jak innym — co miesiąc. 

Esteban wypluł ciche podziękowanie i prędko opuścił duszne biuro rządcy. Brakowało mu powietrza. Wciąż bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Że odkryją, iż coś zataił... 

— Przewieziesz to... to, co pozostało do krypty na cmentarzu. 

— Wtedy będę mógł odejść? — zapytał szeptem. Głowa Estebana wciąż wisiała nisko. Nie patrzył w jego oczy. Marcos nie dziwił się temu. Był mordercą. Od lat, a mimo to wciąż nie potrafił zaakceptować tego, co się stało. 

 — Chcesz odejść? Tak po prostu? — dziwił się Ferrer. Podejrzliwe spojrzenie spoczęło na garbiącej się sylwetce parobka. Dlaczego? Dlaczego mu nie groził, że wszystko rozpowie, że chce pieniędzy... Nie tego się spodziewał. 

— Przysięgam, że nic nie wyjawię. I tak nic nie wiem... Proszę mi tylko pozwolić w spokoju odejść... — wychrypiał przez ściśnięte gardło.  

— Dobrze — rzucił niedbale Marcos. Przejechał kciukiem po rękojeści laski. — Odejdziesz, ale wtedy, gdy ja ci powiem — zaznaczył twardo. Czuł, że ten chłopak mu się jeszcze przyda. Dawno nie spotkał nikogo tak potulnego. Potrzebował kogoś takiego jak on. 

— Ale... — Esteban odważył się podnieść spojrzenie.

— Nie bój się. — Marcos wyprostował się, przez co wyglądał jeszcze poważniej i... groźniej. — Jeżeli się spiszesz, niczego ci nie zabraknie — oznajmił. Pamiętał o poleceniu siostry. Wciąż grzmiały mu w umyśle słowa, by pieniędzmi sprawił, iż parobek zniknie. Szkoda było mu jednak nawet pesety na tak uległą jednostkę... Poza tym nie po to tak długo namawiał Davida na zakup sadzonek, aby dochód z nich zmarnować. — Jeżeli załatwisz sprawę na cmentarzu i zakopiesz doły... — Przełknął zawczasu ślinę, czując, jak narasta mu w gardle gula. — Otrzymasz dobrze płatną posadę przy budowie cieplarni w domostwie mojego szwagra — zapewnił. Myśl, iż to Héctorowi przyjdzie wynagrodzić tego chłopaka, który wykopał ciało jego brata, wcale mu nie przeszkadzała, a tym bardziej nie uwierała jego sumienia.

Winny ródOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz