W bawialni umilkło. Álvarezowie oczekiwali powrotu Any, lecz sądzili, że zostaną, o tym uprzedzeni. Tymczasem Rafael niespodziewanie stawił się wraz z żoną przed obliczem rodziców. W ramionach kobiety znajdowało się niemowlę. Héctor i Josefina spojrzeli po sobie, nie kryjąc zdumienia.
— Boże, cóż za niespodzianka... — Josefina pierwsza ocknęła się z zamyślenia. Wykonała krok naprzód. — Kochani, tak się cieszę! Podajcie mi ją — zarządziła uradowana, wyciągając ręce. — Dlaczego ukrywaliście to przed wszystkimi? — zapytała, odbierając dziecko od synowej.
— Nie mogliśmy być pewni, że... Dojdzie do szczęśliwego rozwiązania — rzekł niepewnie Rafael, zniżając głowę.
— Tak, lepiej oszukiwać nas, że Ana wyjechała tam, by leczyć płuca... I to tyle czasu! — Pokręciła niezadowolona głową, zerkając spod ukosa na synową.
— Nazwaliśmy ją Carmen. Ochrzciliśmy ją już, bo urodziła się zbyt wcześnie i... Nikt nie był pewien, czy...
— Rozumiem, kochanie — rzekła łagodnie Josefina. Nie odrywała spojrzenia od malucha. — W końcu doczekałam się pierwszego wnuka. — Uniosła spojrzenie na kruchą postać synowej. — Jest śliczna. Spisałaś się, Ano.
Ana spuściła głowę. Zagościł w niej smutek na myśl, iż pierwsze pochlebstwo wyrzeczone przez teściową wcale jej się nie należało. To nie ona dała w bólach życie Carmen. Nie wiedziała, czy uda się jej podtrzymać tę mistyfikację. Wychowano ją w przeświadczeniu, że kłamstwo przynosi zniszczenia, że nie można na nim nic zbudować. Co prawda oszukiwała Rafaela, gdy w tajemnicy poddawała się terapii, która miała utorować jej drogę do upragnionego macierzyństwa. Poniosła jednak wielką cenę za swą nieszczerość. Chciała tylko, żeby było dobrze. Stworzyć wraz z Rafaelem i Carmen szczęśliwą rodzinę.
Josefina głaskała koniuszkiem palca wnuczkę po licu. Carmen miała nieliczne brązowe włoski. Niczym Enriqueta. Niczym Rafael. Niczym Carlos i Héctor.
Głowa rodziny przyglądała się w milczeniu temu, jak jego żona trzyma w ramionach Carmen. Kołysała ją, szepcząc coś czułym głosem. Z boku nie dostrzegał twarzy Josefiny, noszącej oznaki minionych lat. Kręcone włosy w luźnym upięciu przysłaniały jej profil. Przypomniała mu się chwila, gdy tuliła do piersi nowo narodzonego Davida. Oboje na swój sposób byli wtedy szczęśliwi.
— Chodź ze mną, synu. — Héctor zwrócił się do Rafaela. Ten ślepo podążył za rodzicielem do gabinetu. — To nie dziecko Any — powiedział poważnie, zamykając notes leżący na dębowym blacie. — Powiedziałeś mi w Sewilli, że ona nie może mieć potomstwa, ale... — zawahał się. — To twoja córka?
— Teraz już tak — przemówił pewnie, błądząc spojrzeniem nisko. Unikał oczu ojca. Zacisnął za plecami pięść z nerwów. — Nie płynie w niej jednak moja krew.
— Co z jej rodzicami? — zapytał wprost Héctor.
— Nie żyją — odrzekł cicho.
Rafael zajął miejsce krześle. Przetarł twarz dłońmi, opierając na biurku łokcie. Nie potrafił pogodzić się z myślą, iż Enriquety nie ma wśród nich. Wciąż nawiedzało go wyraźne wspomnienie jej śmierci. Gdy Ana zasnęła mu na ramieniu w powozie, potrząsnął nią gwałtownie, a ta wtedy spojrzała na niego nieprzytomnie. Potem ją przytulił desperacko, szepcząc, że bał się, że go opuściła. Żona nie rozumiała jego zachowania, lecz odwzajemniła uścisk.
— Wzięliście ją z sierocińca? — Héctor powziął leżący nieopodal ołówek i jął go bezwiednie obracać.
— Nie. — Rafael wbił wzrok w bok, na wiszące na ścianie poroże. — To córka Enriquety.
CZYTASZ
Winny ród
Historical FictionHiszpania XIX wieku Álvarezowie należą do śmietanki towarzyskiej Madrytu. Całe bogactwo zawdzięczają prowadzonej od pokoleń plantacji winogron oraz wytwarzanemu winu. W jednej chwili jednak beztroskie życie tej starej, szacownej rodziny zostaje zakł...
