XXXI. Postanowienia

563 199 457
                                        

Enriqueta czuła się niczym w pogrążonym w ciemnościach zaułku, a przecież blasku słońca nie przysłaniała ani jedna chmurka, zaś fasadę kamieniczki, o którą opierała plecy, obielono. Co prawda dawno temu, przez co teraz przypominała osnutą szarą mgłą; wciąż jednak daleka była od skąpanej w czerni bryły, która jawiła się w umyśle panny Montaner. Dziewczyna krążyła nerwowo przed drzwiami, nieco odrapanymi, i czekała chyba już trzeci kwadrans.

Z każdą kolejną minutą żałowała coraz bardziej, że uległa Anie i zgodziła się jej towarzyszyć. Wizyta w mało reprezentacyjnej dzielnicy stolicy napawała ją strachem. Bała się, że zza rogu wyskoczy jakiś złodziejaszek, który przy pomocy siły rozkaże im oddać pieniądze i wszelkie kosztowności. Ana budziła żywe zainteresowanie wśród biedaków, których widzieli po drodze. Ubodzy patrzeli na nią niczym na anioła, który właśnie zstąpił na ziemię, aby ich ułaskawić od marnego losu. Ana nie mogła tego uczynić, nawet jeżeli stanowiła piękne wyobrażenie dobrego ducha w swym jasnym stroju i blond włosach spiętych w gustownym koczku. Chyba wiedziała, że przyjdzie jej wspomóc potrzebujących, bo z torebki wyjęła niemałą ilość monet. Oddała tyle, ile miała, a potem zniknęła za czarnymi drzwiami, które odkryli pod adresem ze świstka papieru.

Enriqueta jedynie w żałosnej wizji, którą snuła z nudów, mogła ujrzeć, jak uratuje je od napaści Esteban. On jednak był daleko. W Arganda del Rey. Nie wiedziała, czego tam szuka. Wspominał tylko coś o jakieś naprawie, z którą liczył prędko się uporać, a potem powrócić do prac nad oranżerią. Powrócić do niej.

Ktoś chwycił ją za nadgarstek. Siłą wyciągnięta ze świata idealnego znów znalazła się w paskudnej rzeczywistości. Wstrzymała oddech i zerknęła kątem oka na Anę.

— I co? — wyrwało się spomiędzy ust Enriquety.

Ana jednak uparcie milczała całą drogę powrotną. Pokojówka myślała, że natłok złych myśli rozerwie ją od wewnątrz. Sądziła, że jeżeli ujrzy tylko żonę Rafaela w całości, to ogarnie ją spokój. Tak się jednak nie stało. Chciała wiedzieć, co działo się za tamtymi drzwiami.

— Nawet nie dotknął mojej dłoni, jeżeli to ma cię uspokoić — oświadczyła poważnie Ana, gdy już wróciły do domu. Zdjęła rękawiczki i ułożyła je na komodzie.

— Nic nie zaradził? — W głosie Enriquety pobrzmiewało rozczarowanie, jakby cała ta sprawa dotykała jej samej. — Już nigdy pani tam nie pójdzie? — zapytała pełna nadziei.

— Pójdę. Zrozumiem, jeżeli ty nie zechcesz już mi towarzyszyć. 

— Po co... — jęknęła rozczarowana. — To zapewne zwykły oszust, który żeruje na bezsilności innych. 

— Dosyć, Enriqueto! — wrzasnęła Ana. — Jeżeli masz tak mówić, to zamilknij. Albo niech Emilia mi na co dzień pomaga.

— Ja chcę tylko pani dobra — jęknęła uniżona. — Żeby pani nie cierpiała ani teraz, ani później.

— Wiem. — Ana zbliżyła się do niej i dotknęła jej ramienia. — Przepraszam. Nie chciałam na ciebie nakrzyczeć. — Czuła się źle, z tym że się uniosła. Nie mogła już swego zdenerwowania zrzucić na karb odmiennego stanu. — Jeżeli nie chcesz mi pomagać, to choć nie przeszkadzaj. I nie mów nic Rafaelowi. On już wystarczająco przeze mnie wycierpiał.

***

Enriqueta przez kolejne tygodnie biła się z myślami. Zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze czyni, zachowując milczenie. Martwiła się o Anę, która regularnie udawała się do tamtego miejsca. Nie wiedziała, cóż tam się dzieje, w tej paskudnej kamienicy, której ściany podpierały zgarbione plecy żebraków. Nie zauważyła, aby w Anie zaszły jakiekolwiek niepokojące zmiany. Rzekłaby, że wręcz przeciwnie. Ona znów promieniała. Znów się śmiała. Znów wierzyła, że jeszcze wszystko się ułoży.

Winny ródOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz