XLVI. Amor vincit omnia

541 192 729
                                        

— Jest pan tego pewien?

— Tak — odparł krótko Amadeus, po czym skierował się do wyjścia. Nie chciał dłużej przeciągać tej rozmowy. Nacisnął klamkę.

— Będzie pan tego kiedyś żałował — rzekł pewnie Diego Blanco. Jego cierpki głos odbił się od ścian sali muzycznej. — Umrze pan w zapomnieniu.

— Ale przynajmniej w zgodzie z samym z sobą. — Strasser pchnął drzwi.

— Pokłóci się pan z nią kiedyś i przeklnie ten dzień, w którym odrzucił możliwość kariery dla niej — drążył ostrzejszym tonem.

— Być może. — Odwrócił się ostatni raz w stronę pianisty. — Dziękuję za nasz wspólny czas. Będę miło to wspominać. Adiós

Wrócił do mieszkania pieszo. Co prawda kończył się dopiero luty, lecz słońce przygrzewało przyjemnie. Delikatny wiatr nieco go orzeźwił. Potrzebował jeszcze chwili, by w spokoju przekalkulować to, co właśnie uczynił. Nie żałował swej decyzji. Nie mógł zostawić Eleny na większą część roku, by tułać się od jednej europejskiej stolicy do drugiej. Nie w tym trudnym dla nich momencie.

Prędko zamknął za sobą drzwi, bo Fiesta często kręciła się po korytarzu i tylko czekała na dogodny moment, by uciec na zewnątrz. Powiódł nisko spojrzeniem. Nigdzie nie spostrzegł kotki ani też butów Eleny. Po plecach przebiegł mu dreszcz. Dawniej pomyślałby, że po prostu udała się z wizytą do rodzinnego domu, lecz w obecnej sytuacji nie mógł być tego pewien. Przeszedł do bawialni, gdzie odetchnął z ulgą, a ściśnięte serce rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów. Ujrzał żonę w spacerowej sukni, a kapelusz leżał obok niej na sofie. I tylko jej postawa zdradzająca bezradność sprawiła, iż nie mógł osiągnąć pełni szczęścia.

— Co się stało? — W jego głosie pobrzmiewała obawa, ale i nuta radości.

— Philipp... On zniknął. Nie ma jego rzeczy — powiedziała cicho. Oddech się jej rwał. Amadeus usiadł obok Eleny i ułożył dłonie na jej przyprószonych kosmetykami licach. — Odwiedziłam Lucíę, a ona powiedziała, że się z nią pożegnał — wyznała przejęta. Mierzyła męża z niewielkiej odległości rozbieganym spojrzeniem. — Boże, a jeżeli on zrobił coś głupiego... — jęknęła.

— Nie martw się. Na pewno nic mu nie jest.

— Nie byłam dla niego miła. Powiedziałam parę niewłaściwych słów. — Przygryzła wargę, a następnie wtuliła się w mężowską pierś. Amadeus otoczył ją ramieniem.

— Ostatnim razem wrócił do Wiednia. Może znów tam pojechał. Często poddaje się chwili, lecz koniec końców udaje się tam, gdzie mu dobrze.

— Tak myślisz?

— Możemy się, o tym przekonać — rzekł niepewnie. Elena momentalnie odsunęła się od jego ramienia. Amadeus objął dwoma palcami jej podbródek. — Nadal chcesz zobaczyć Wiedeń?

— A co z operą?

— Odszedłem — odparł jak gdyby nigdy nic. — Poza tym tam też ją mamy.

Pokiwała głową, najpierw nieznacznie, by następnie potrząsnąć nią energiczniej. Zatrzymała dłoń odzianą w rękawiczkę na licu męża. Kciukiem przeciągnęła po linii szczęki.

— Skoro już jesteś ubrana, to przejdźmy się? — zasugerował nieśmiało. Nie oczekiwał aprobaty. Przywykł do tego, iż Elena notorycznie odmawia na podobne zaproszenia, lecz tym razem ku jego zdumieniu skinęła głową. Nałożyła kapelusz.

— Może do dzielnicy Austrias? Cofnęlibyśmy się do wdzięczniejszej przeszłości.

Już kiedyś padły te słowa. Wtedy jednak to on je wypowiedział.

Winny ródOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz