Enriqueta nigdy wcześniej nie wykorzystała należycie swego wychodnego. Zwykle spędzała te dnie w pokoju, gdzie czytała po raz kolejny powieść, którą pół roku temu pożyczył jej Rafael. Nie upominał się o zwrot. A ona nie chciała mu jej oddawać, nawet jeżeli losy bohaterów spisane na kartach znała już na pamięć. Do tomiku wierszy wracała nie rzadziej. Czytała wybiórczo poematy, za każdym razem jakby odkrywając je na nowo.
Tego dnia w końcu miała opuścić ciasną przestrzeń, w której to pomieszkiwała. Wyjść poza posiadłość. Zwiedzić miasto, w którym się urodziła i dorastała, a mimo to zdawało się jej zupełnie nieodkryte. Nie chciała jednak oczekiwać zbyt wiele. Spodziewała się, że wypiją filiżankę czekolady, która oczyści sumienie Estebana ze zbędnych wyrzutów sumienia po tym, co wydarzyło się na tarasie. A potem się rozejdą i wszystko znów zabarwi się na szaro.
Ubrała się w kwiecistą sukieneczkę, którą zakładała jedynie w ważkie święta kościelne. Wątpiła, by rychło nadarzyła się podobna okazja do zrzucenia czarno-białego fartucha na rzecz czegoś kolorowego. No może nie licząc majowych świąt majaczących w niedalekiej przyszłości. Z szuflady wygrzebała puder, w który zaopatrzyła się po tym, jak Marcos omal jej nie udusił. Sine pokłosie tamtego incydentu ukryła pod warstwą kosmetyku. Tym razem przyprószyła nim twarz, by zakryć oznaki zmęczenia, nie agresji. Zwieńczeniem jej ubogich przygotowań stanowiło spryskanie się tanimi perfumami, niegdyś zakupionymi na targu. Wiedziała, że ich przyjemny zapach zaraz się ulotni, więc postanowiła ich użyć niedługo przed wyjściem.
Esteban cofnął się o krok, gdy tylko ją ujrzał. Błądził spojrzeniem po brukowych kostkach, w dłoniach miętosząc kaszkiet.
— Coś nie tak? — zapytała zmartwiona Enriqueta. Miała ochotę zawrócić do pokoju i ponownie przejrzeć się w lustrze.
— Nie — wybąkał wyraźnie zawstydzony. — Po prostu... Pewnie to niezręcznie pokazać się pani z kimś takim jak ja. Nawet nie mam ładnej marynarki. Jest pani taka ładna...
— Ładna, też mi coś... — parsknęła.
Gdyby tylko widział Elenę. To ona była prawdziwą pięknością o gęstych włosach i ponętnej figurze. Albo Ana urzekająca delikatną urodą i blond kosmykami. Obie uważała za doskonałe.
Ale Esteban ich nigdy nie widział. Widział za to Enriquetę w kwiecistej sukni. Brązowe włosy spięte w prosty kok plasowały się na czubku jej głowy. Słońce odbijało się w szybie za nią, przez co zdawało się, iż dziewczyna wyłania się z poświaty. Podeszła do niego. Ogarniała go mgła zachwytu. Czuł jednak jej oddech. Jej dotyk.
— Proszę pozwolić. — Poprawiła kołnierzyk górnej części jego ubrania. Musnęła palcami odkrytą część jego szyi. Drgnął nerwowo, jakby uderzył w niego piorun.— Teraz jest idealnie.
— To dla pani — szepnął nieśmiało Esteban. Zza pleców wysunął skromny bukiet różowych kwiatów. Łodyżki splatało ze sobą długie źdźbło trawy.
— Oleandry — rzekła Enriqueta.
— Nie wiem. Nie znam się. Po prostu mi się spodobały, więc je zerwałem — przyznał.
— Są śliczne. Dziękuję — odparła urzeczona.
To oczywiste, że nie znał się na kwiatach. Wtedy zapewne nie dałby się zwieść walorom oleandrów. W ich pięknie skrywała się trucizna. Mogły doprowadzić do zguby. Albo od tej zguby uwolnić. Pudrowa barwa płatków przypomniała jej intensywną czerwień róży. Niespełna trzynaście lat temu Rafael podarował jej dorodny kwiat. Tyle czasu musiała czekać na kolejny podobny gest.
CZYTASZ
Winny ród
Historical FictionHiszpania XIX wieku Álvarezowie należą do śmietanki towarzyskiej Madrytu. Całe bogactwo zawdzięczają prowadzonej od pokoleń plantacji winogron oraz wytwarzanemu winu. W jednej chwili jednak beztroskie życie tej starej, szacownej rodziny zostaje zakł...
