XLII. Wichry grudnia

616 194 874
                                        

Sara pchnęła potężne drzwi frontowe. Z wolna kroczyła naprzód, nie przejmując się marudzeniem starego lokaja, który ruszył ku wejściu, gdy drgnęła furtka bramy. Opuścił przedsionek, gdy zdał sobie sprawę, że to nie gość, a tylko Fuentesówna. Panna powiodła spojrzeniem po prowadzących na piętro schodach, u których szczytu ujrzała ojca. Luis cicho wymówił imię córki, a w przekrwionych oczach zalśniły łzy. Tak bardzo bał się, że już jej nie zobaczy. Wiedział, iż nie powinien ukrywać prawdy o jej pochodzeniu. Gdy była mała, obiecywał sobie, że wszystko jej wyzna, gdy podrośnie na tyle, iż zrozumie. Lata jednak mijały, a on nie potrafił zebrać się na odwagę. Powinna to usłyszeć od niego. Zbliżył się do niej szybkim, zachwianym krokiem i objął jej ramiona. Sara zamarła w bezruchu.

— Przepraszam, tato — powiedziała cicho. — Nie powinnam wtedy uciekać.

Luis, słysząc drugie ze słów, rozszlochał się gorzko. Przycisnął córkę do piersi, gładząc ją po splątanych włosach. Jego serce popękane od trawiącego żalu zrastało się, tak jak zrastały się ich ścieżki życiowe, o których rozstaniu był święcie przekonany.

Sara zrozumiała, że także popełniła błąd. Wczoraj jednak zbyt wiele skrajnych emocji w niej buzowało. Czuła się oszukana. Dopiero w nocy, w ramionach Davida, zaznała ukojenia. Przypomniała sobie trudne chwile, które przeżyła z ojcem w Meksyku. Pracował ciężko fizycznie, a mimo to odmawiał sobie i tak lichej porcji jedzenia, by zapełnić jej małe usta. Czynił wszystko, by polepszyć jej byt, wciąż powtarzał, iż żyje tylko dla niej. Byłaby niesprawiedliwa, gdyby zapomniała o tym poświęceniu i odrzuciła go. Więzy krwi straciły znaczenie. Łączyło ich coś znacznie ważniejszego.

Zerknęła na rozchylone drzwi bawialni. Dostrzegła wykrzywioną twarz Rity pomiędzy solidnymi skrzydłami. Zamknęła oczy, bo nie potrafiła na nią patrzeć.

***

Wigilia roku tysiąc osiemset siedemdziesiąt dziewiątego w rezydencji Álvarezów różniła się od tej zeszłorocznej. Przy stole brakowało Any, miejsce jej zaś zajął Amadeus. Tym razem nie zjawili się Ruizowie, którzy postanowili zjeść świąteczną kolację jedynie we dwoje, jak za dawnych czasów, gdy nie było jeszcze z nimi córki. Elena zaprosiła Philippa do swego domu rodzinnego, lecz odmówił. Powiedział, że już ma plany na ten wieczór. Podejrzewała, iż łączą się one z Lucíą.

Rodzina zasiadła do zastawionego stołu. Odmówiono modlitwę, po czym rozpoczęto uroczystą kolację. Tej z początku nie towarzyszyło wiele rozmów. Amadeus, mimo iż nie pierwszy raz spędzał święta w Hiszpanii, przyznał, że typowe smakołyki serwowane w tym dniu są mu obce, bo wraz z ojcem i Philippem tego dnia nie poddawali się tutejszym tradycjom i jedli tak, jakby znajdowali się w Wiedniu. Z racji, że nie zgłębiał nigdy niczyjego domu, bo przy ewentualnych wizytach zwiedzał co najwyżej bawialnię czy salę balową, rzekł, iż dziwi go brak choinki. Nigdy nie interesował się tym, czy ktoś ma ozdobne drzewko. Przypatrując się później szopce, którą tworzyły biblijne postacie, wysunął przypuszczenie, że dla jego pupilek miniaturowe figurki stanowiłyby równie godną uwagi rozrywkę, co ozdoby zwisające z gałązek choinki.

Późnym wieczorem na dobre rozbrzmiały wesołe tony. Rodzina rozproszyła się po rezydencji. Héctor pozostał przy stole i zajął się sobą. Josefina i Marcos zaś dyskutowali spokojnie na sofce. Młodsze pokolenie przeniosło się do mniejszego saloniku.

— Palisz? — David wysunął w stronę szwagra papierośnicę.

— Nie. — Amadeus uniósł rozłożoną dłoń na znak odmowy. David pokiwał smętnie głową.

— Możemy później zagrać w bilarda, mamy...

— To chyba najnudniejsza gra na świecie — przerwał Strasser.

Winny ródOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz