Elenę ogarnęło skrępowanie, gdy wkroczyła do przestrzennego holu rezydencji Strasserów. Dopiero wtedy pojęła, czymże doprawdy jest poczucie wyobcowania. Wzięła głęboki wdech. Ach, gdzież się podział zapach jaśminu, którego kwiaty opatulały patio, a skąd przyjemna woń się roznosiła? Paradnych schodów nie okrywał dywan, o który matka przesadnie kazała dbać, bo powtarzała, że to jeden z pierwszych elementów, który dostrzegają goście, gdy przekraczają progi ich domu. Amadeus uprzedzał ją o pewnych różnicach, a jednak dopiero musiała poznać je na własnej skórze, by przekonać się, czymże są. Nie znalazła tu niczego, cóż by mogło nieco ocieplić wnętrze, przypomnieć, że ktoś tu mieszka. Echo niosło się niczym na rozległej polanie. Już z daleka dobiegł ich stukot butów.
— Och, jak dobrze was widzieć! — wykrzyknął Alexander Strasser. Przyspieszył kroku, by jak najprędzej utulić pierw Elenę, a później syna.
— Właśnie zastanawialiśmy się, jak powinniśmy was tu przywitać, ale zorganizowanie czegoś, co zadowoli Amadeusa, nas przerasta — odezwał się Philipp, który kroczył za wujem.
— Sama twoja obecność już wystarczająco nas raduje — odrzekł poważnie Amade. W jego głosie wcale nie pobrzmiewała ironia, co zdziwiło Philippa. Elena także zdawała się ukontentowana. Martwiło ją jego nagłe zniknięcie, więc ucieszyła się, gdy okazało się, iż nic mu nie jest.
— Twoja ciotka Franziska już przysłała zaproszenie na obiad — Poinformował Alexander.
— Boże, nie chcę tam iść — jęknął Amade. Zgarbił się, gdy tylko pomyślał o ewentualnych wizytach w domach wujostwa. Co prawda ze strony ojca miał tylko jednego kuzyna, ale ze strony matki... sam nie wiedział do końca, bo jego rodzicielka miała jedenaścioro rodzeństwa, więc co rusz rodził się nowy członek rodziny.
— Nie marudź, to ona podarowała ci Maddie. Okaż wdzięczność. Twoje życie bez kota nie miałoby sensu — prychnął Philipp.
— Cenię ją, lecz ona wciąż papla. Umrę po kwadransie. Już lepiej zanurzyć się w wodzie. Śmierć będzie mniej bolesna.
— Śmierć w wodzie ci nie grozi — zauważył Philipp. — Wiesz, Eleno, gdy byliśmy mali, wypoczywaliśmy nad jednym z jezior w Szwajcarii. I oczywiście Amadeus swoją postawą musiał wszystko popsuć. Nie chciał nawet wejść do wody, bo ryby, bo glony, bo nie wiadomo, czy nagle nie wypłynie trup...
— Bo to obrzydliwe. Nie będę się kąpał z innymi ludźmi.
— Och, nasza arcyksiężniczka... — zadrwił Philipp.
— Powspominamy innym razem — uciął Alexander. Co prawda przywykł już do tych wygłupów bratanka i syna, lecz nie miał ochoty dłużej tego słuchać. Zwrócił się w stronę lokaja, który stał wyprostowany w niedalekiej odległości, odkąd tylko Elena i Amadeus przekroczyli podwoje. — Clemensie, zaprowadź panią do pokoju, który przyszykowano. Na pewno jest zmęczona po podróży.
— Dziękuję — odrzekła dotąd milcząca Elena. Wciąż czuła się onieśmielona tym miejscem. Nie potrafiła więc niezobowiązująco wtrącić się do rozmowy. Nawet się nie śmiała, choć zwykle Philipp swoimi spostrzeżeniami ją bawił. Pomknęła posłusznie za służącym na piętro.
— A z tobą muszę pomówić. — rzekł chłodno Alexander. Zatrzymał syna, gdy ten chciał podążyć za żoną, która właśnie pokonywała najwyższe stopnie. — Napisał do mnie Diego Blanco.
— Och, oczywiście.
Amadeus podejrzewał, iż tak się stanie. Obaj mężczyźni znali się od lat. Może nie łączyła ich wielka zażyłość, lecz gdy tylko zaistniała sytuacja, o której warto było poinformować, relacje ożywały niczym Maddie na brzęczenie miski z mlekiem.
CZYTASZ
Winny ród
Historical FictionHiszpania XIX wieku Álvarezowie należą do śmietanki towarzyskiej Madrytu. Całe bogactwo zawdzięczają prowadzonej od pokoleń plantacji winogron oraz wytwarzanemu winu. W jednej chwili jednak beztroskie życie tej starej, szacownej rodziny zostaje zakł...
