Wieczorem wyszłam z pokoju i przeszłam do drugiego budynku. Od pierwszego, i jedynego posiłku w ich towarzystwie, udaje mi się wymykać od wspólnych kolacji. Po sesji pytań nie miałam zamiaru, żeby to się powtórzyło. Z uprzejmości jednak chciałam przekazać, że wychodzę.
Zajrzałam do jadalni. Przy stole siedziało już trzech mężczyzn. Żartowali ze sobą, a nawet się śmiali. Może byłam mała, ale nie pamiętałam, żeby ojciec tak śmiał się ze mną, jak to robi z Hudsonem i Cassianem. Do mojej klatki piersiowej przedarło się to okropne, gorzkie uczucie. Zazdrość.
- Mar. - Hudson zauważył mnie jako pierwszy.
- Wychodzę. - rzuciłam chłodno i się odwróciłam.
- Zaraz kolacja. - przypomniał tata.
- Zjem coś na mieście. - burknełam wychodząc.
- Pójdę z nią. - powiedział ktoś z pomieszczenia, kiedy wychodziłam na zewnątrz.
Przewróciłam oczami i zatrzasnęłam drzwi za sobą. Tuż przed nosem osoby, która za mną szła. Uśmiechnęłam się, ale od razu spoważniałam słysząc otwieranie się drzwi.
- Mariposo czekaj. - powiedział za mną Cassian.
- Mariposa sobie idzie. - odparłam, szukając telefonu z zamiarem zadzwonienia po taksówkę.
- Daj spokój. Chodź, zawiozę cię gdzie chcesz. Nie będziesz sama włóczyć się po mieście, którego nie znasz.
- Jakiś kierowca taksówki lub miły przechodzień na pewno udzieli mi właściwej odpowiedzi na temat, który zadam i nie będzie przy tym rzucał snobistycznymi i sarkastycznymi uwagami. - burknełam, nawet się na niego nie oglądając.
- Lubisz moje sarkastyczne odzywki. - Zaśmiał się za mną.
- Och tak. Z pewnością.
- To był sarkazm, prawda?
- To był sarkazm, prawda? - przedrzeźniałam go.
- Mariposo..
- Mari. - przerwałam, poprawiając go. Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na niego. Stał w niedalekiej odległości z założonymi na piersi rękami. Był w szarych, eleganckich spodniach i niebieskiej koszulce polo.
- Mariposo. - powtórzył na co wzniosłam głowę ku niebiosom w modlitwie. - Zawiozę cię gdzie tylko chcesz, nie będę się nawet odzywał, ale nie chcę mieć na sumieniu, że cię puściłem w nieznane ci miasto, bo Hudson mnie zabije. Gdzie chcesz jechać?
- Zjadłabym bajgla. - przyznałam cicho i podrapałam się po policzku.
- Chodź. - Kiwnął głową w stronę swojego samochodu. - Wezmę kluczyki.
Odwrócił się na pięcie i skierował do domu. W tym momencie mogłam jebać wszystko, odwrócić się i zamówić taksówkę. Ale nogi zaprowadziły mnie prosto do samochodu Rinworth'a.
- Już myślałem, że uciekniesz. - powiedział Cassian wychodząc z domu i patrząc w moją stronę.
- Taki był plan. - odparłam. - Ale cholera, masz wygodny samochód, a do radia taksówkarza nie mogłabym się podłączyć.
Parsknął rozbawiony i pokręcił głową podchodząc do mnie. Stanął tak blisko, że musiałam zadrzeć głowę. Nachylił się nade mną, a cała krew w moich żyłach zaczęła swój wyścig o życie. Co on? Czy..? Nagle odwrócił wzrok i sięgnął do klamki otwierając drzwi.
- Zapraszam. - powiedział z tym swoim nonszalanckim uśmiechem.
Pokręciłam głową wracając do normalności i mamrocząc pod nosem usiadłam na miejscu pasażera. Cassian usiadł na miejscu kierowcy, wpatrzony w przednią szybę z ogromnym bananem na twarzy. Jeśli myśli o tym, o czym ja pomyślałam, jakby czytał mi w myślach, to zrobił to z premedytacją. Dupek.
CZYTASZ
Destiny - (Zawieszone)
Teen FictionJeśli motyl zatrzepocze skrzydłami w miejscu A, to w miejscu B może spowodować burze piaskową. Tą samą burze może spowodować człowiek B, kiedy wkurzy człowieka A. Jest w tym pewna zależność wynikająca z mnóstwa przypadków i niezależnych od nas zda...
