Dziewięć

139 7 0
                                        

- Pojawiła się nasza panna maruda.

Tymi słowami przywitał mnie Hudson siedzący na kanapie w salonie, kiedy zeszłam na dół w drodze do kuchni.

- Jesteś jedyną osobą w tym domu, z którą chce rozmawiać. - powiedziałam i spojrzałam w jego stronę. - Ale nie dzisiaj.

- Mari. - zawołał za mną, zanim zniknęłam za drzwiami kuchni.

Wyjęłam z szafki miskę i zaczęłam do niej kroić owoce, kiedy drzwi kuchni się otworzyły i do środka wszedł Hudson. Przystanął niedaleko mnie i przekrzywił głowę w bok ze smutną miną. I przez to również zrobiło mi się smutno i miałam wyrzuty sumienia przez to, co zrobiłam. Nawet jak nie mają podstawy, by być za to na mnie źli. Ile razy jak byłam mała uciekałam mamie w Paryżu, a i tak się znajdowałam. Wtedy nawet nie była na mnie zła. Zawsze podchodziła do mnie z uśmiechem, kiedy znajdowała mnie pod wieżą Eiffla, gdzie zawsze przychodziłam, kiedy się rozdzieliliśmy.

Ale oni to nie jest moja mama. A ja już nie jestem we Francji. Nie jestem dziewczynką z Prowansji. Jestem teraz córką prezesa jakiejś wielkiej korporacji i każdy może mnie rozpoznać. Nie wiem nawet jakim cudem nadal udaje mi się unikać paparazzi.

- Wszyscy się o ciebie martwili. - Hudson przerwał na chwilę, jakby rozważał, czy kontynuować. - W szczególności Cassian.

- Cassian? - spytałam zdziwiona. - Nie wyglądał na takiego, kiedy darł się na mnie na środku plaży mówiąc, że jestem wkurwiająca.

- Miał cię zabrać z pod uniwerku, a ty zniknęłaś. Nawet nie wiesz jak wyglądał, kiedy nie mógł cię znaleźć. Pół zajęć do mnie wydzwaniał zanim nie odebrałem. A potem powiedział mi, że zniknęłaś.

- Nie zniknęłam. - zaczęłam się bronić. - Poszłam pozwiedzać.

- I dlatego od nikogo nie odbierałaś? - Oparł się bokiem o blat wyspy, założył ręce na piersi i podniósł jedną brew wpatrując się w moje oczy, przez co poczułam się mała. A on jeszcze jest strasznie wysoki.

- Powiedziałam Cassianowi, że zadzwonię, kiedy wrócę do domu. Nie musiał nikt więcej dzwonić. A on od razu jakąś anarchię rozpętał.

- Mariposo..

- Nie mów tak do mnie. - przerwałam mu.

- Cassian tak do ciebie mówi. - przypomniał z cwanym uśmiechem na co przewróciłam oczami, wznosząc modlitwy do niebios.

- Nie chce o nim więcej gadać. - Pokręciłam głową. - Ale przepraszam, że martwiłam ciebie.

- Nic się nie stało. - Wystawił rękę i zacisnął dłoń na moim ramieniu. - Ale więcej tego nie rób.

- To znaczy, że znowu jesteś moim szoferem? - spytałam z nadzieją.

- Mari.. - Spojrzał na mnie smutno. - Obawiam się, że nasze zajęcia się zbytnio nie pokrywają..

- Błagam, nie każ mi dalej z nim jeździć. - wyjeczałam. Oboje wiedzieliśmy o kogo mi chodzi.

- Przykro mi. - odparł z udawaną skruchą.

- No to muszę jeździć z kierowcą i robić jeszcze większą sensację. - mruknęłam pod nosem.

- Cassian naprawdę cię nie zje. - powiedział Hudson.

- Ale obawiam się, że spróbuję mnie wypchnąć z jadącego auta.

- Znam ciekawsze sposoby niż wypchnięcie kogoś z samochodu.

Oboje z Hudsonem spojrzeliśmy w stronę drzwi do kuchni gdzie stał Cassian oparty o framugę. Na jego ustach formował się ten wkurwiający uśmieszek.

Destiny - (Zawieszone)Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz