Rozdział 8

172 18 0
                                        

  Przebudziłam się wraz ze wschodem słońca. Byłam zdezorientowana i zastanawiałam się, dlaczego leżę na klatce piersiowej mojego mate. Nagle wszystkie wspomnienia zaczęły napływać, próbowałam wstać, żeby pójść do łazienki, ale John przytulił mnie jeszcze mocniej. Jedną ręką dotknął mojego pośladka, na co załkałam. Od razu otworzył oczy, a kiedy zrozumiał swój błąd, przeniósł dłonie na moją talię.

-Już spokojnie cheri.- Pocałował mnie w czoło.- Muszę to obejrzeć. Możliwe, że wczoraj trochę przesadziłem.- Bardzo chciałam posłać mu mordercze spojrzenie, ale nie miałam siły.

-Dlaczego nie jestem na ciebie zła? Czuje się, jakby wczorajsze wydarzenia były całkowicie moją winą.- Uśmiechnął się do mnie cwaniacko. Irytował mnie i dobrze o tym wiedział.

-Wczoraj obiecałaś mi na słowo alfy, że nie będziesz miała mi tego za złe. To słowo jest święte, więc nasza wilcza natura pozbywa się niepotrzebnych uczuć.

-Nienawidzę cię.- Zaczął się śmiać, a potem ostrożnie położył mnie na drugiej stronie łóżka. Zanim cokolwiek powiedział, podniosłam się i ściągnęłam spodnie do kostek. Mężczyzna wciągnął głośno powietrze.- Jest aż tak źle?

-Szczerze? Wygląda okropnie.

-Czy mówiłam, że cię nienawidzę?- Pokiwał głową.- Więc powiem jeszcze raz, nienawidzę cię! Nigdy więcej tak nie rób, rozumiesz!?- Posłał mi lodowate spojrzenie.- Wiem, co zaraz powiesz.- Próbowałam sparodiować jego głos.- Nie możesz mi rozkazywać, bo jestem alfą.- Prychnęłam. John uderzył w ścianę, robiąc ogromną dziurę. Z jego knykci zaczęła sączyć się krew, która sprawiła, że moja wampirza strona znowu się odezwała. Moje oczy zaczęły szczypać, więc byłam pewna czerwieni wkradającej się do tęczówek. Przeklęłam głośno, starając się zapanować nad dziką stroną. Byłam niebezpieczna, chociaż alfa poradziłby sobie ze mną bez problemu. Złapałam się mocno pościeli i zamknęłam oczy. Wszystko zaczęło nasiąkać zapachem krwi. Moje zmysły stawały się wyostrzone. Słyszałam nierówny oddech, szybko bijące serce i tętnice mojego mate. Kły przebiły mi wargę, a z gardła wydobyło się syczenie. Ostatkami sił powiedziałam, żeby odszedł, jednak nic takiego się nie stało. W wampirzym tempie znalazłam się koło niego, tylko na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. Nie zrozumiałam jego wzroku, czułam się jak pod wpływem. Wystawił w moją stronę rękę, a ja bez żadnego ostrzeżenia wbiłam kły i zaczęłam łapczywie pić. Nie wiem, ile to trwało, ale w końcu poczułam dłoń na karku, która z ogromną siłą odciągnęła mnie na bok. Przez chwilę trwałam w stanie otępieni, popatrzyłam na Johna, a potem na jego ranę. Zrobiłam mu krzywdę, pokręciłam głową z przerażeniem. Miałam ochotę uciec, zaszyć się w ciemnym kącie, po prostu dać upust łzą. Wszystko zniknęło, gdy odezwał się do mnie spokojnym tonem.

-Spokojnie cheri, wszystko będzie dobrze.- Przytulił mnie mocno.- Pomogę ci, obiecuję. Nauczę cię panować nad żądzą.- Było mi tak dobrze w jego objęciach, chciałam zostać w nich przez wieczność. Czułam się bezpieczna, kochana i zaakceptowana.- Zrobię coś do jedzenia. Śpij aniele, niedługo cię obudzę.- Pocałował mnie w czoło i położył na łóżku, okrywając pierzyną. Nie musiałam długo czekać na upragniony sen.

Perspektywa Johna

Obserwowałem ją przez parę minut. Wyglądała tak niewinnie i słodko, ale gdzieś głęboko wiedziałem, że prawda była inna. Dwie nadprzyrodzone strony walczyły o dominacje, próbując przejąć kontrole. Chciała postawić mury, które uchronią wszystkich od jej mocy. Była potężna, mimo że nie zdawała sobie z tego sprawy. Miałem być jej kotwicą, czymś, co pomoże przeobrazić pragnienie w miłość. Pozwoliłem jej odejść, ale bałem się, wielki alfa bał się, że jego cheri zostanie skrzywdzona. Podjąłem najtrudniejsza decyzje. Jedno było pewne, nie pozwolę, żeby była sama. Chwyciłem telefon i wybrałem numer z listy najczęściej używanych.

-Jest sprawa bądź u mnie za dziesięć minut.- Rozłączyłem się, idąc do kuchni. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, po czym usłyszałem pukanie do drzwi.- Masz klucz.- Krzyknąłem. Do pokoju wpadł zdyszany Nathan.- Kondycja cię zawodzi?

-Haha, bardzo śmieszne. Co się dzieje?- Zawsze, gdy patrzyłem na betę, przypominałem sobie jego brata. Byli niemal identyczni, różniły ich tylko oczy. Damien odziedziczył brązowe tęczówki po matce. Jego ciepłe spojrzenie przenikało duszę i potrafiło przewidzieć, jak potoczy się sytuacja albo odgadywać myśli ludzi. Ta umiejętność sprawiła, że zginął. Został zastrzelony przez łowców, gdy ratował dziecko. Zasłonił je własnym ciałem. Pamiętam przerażenie w oczach Nathana, chęć zemsty i krew, która płynęła, łącząc się z ziemią. Wszyscy łowcy zginęli w agonii. Nigdy nie żałowałem swojej decyzji, zabiłbym ich jeszcze raz, może nawet okrutniej.

-Madison nie panuje nad swoim instynktem.- Zrozumiał niemal od razu.- To nie będzie rozkaz, tylko przyjacielska prośba. Pójdź z nią. Ochronisz ją lepiej niż ktokolwiek inny.

-Kto ci pomoże ze stadem? Nie wiadomo, ile potrwa ta cała podróż. Wyślij kogoś innego.

-Jestem dla mnie jak bratem i najbardziej zaufanym człowiekiem. Kwestia watahy nie jest problemem, dam sobie radę. Myślę, że jestem już dorosły.- Wybuchnęliśmy śmiechem.

-Zgadzam się.

-Ale wiesz, że jeśli zawiedziesz, skończysz bez języka.- Prychnął i spiorunował mnie spojrzeniem.

-Nie mogłeś powiedzieć tego wcześniej?

-Za tydzień wyruszacie.   

  

WyjątkowaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz