Rozdział 11

157 16 3
                                        

Rano, a przynajmniej tak mi się zdawało, wstałam z łóżka, wiążąc włosy w kucyk. Zapaliłam pochodnię przymocowaną do ściany metalową obręczą. Półmrok dalej panował w niektórych zakątkach, jednak bez problemu dałam radę znaleźć wygodne ubrania do ćwiczeń. Po omacku złapałam klamkę, od razu zmierzając w stronę głównego holu, nucąc piosenkę Ariany Grande. Ktoś zaszedł mi drogę, przez co machinalnie krzyknęłam.

 -Przepraszam drogie dziecko.- Spytała blondynka o brązowych oczach.- Jestem Ley. Mam do ciebie parę pytań, niecierpiących zwłoki.- Podkreśliła.- Chodź za mną.- Weszłyśmy do białego pokoju pełnego świec. Na środku leżało dziesięć niebieskich poduszek.- Usiądź. Zacznijmy od początku. Władam duchem i pomogę ci otworzyć każdy zakamarek twojego umysłu.- Nie śmiałam się odezwać.- Powiedz mi czy nawiązałaś kontakt z Arią?

-Zdarzyło się parę razy. Widziałam jej wspomnienie, czasem daje mi wskazówki lub mówi o zbliżającym się niebezpieczeństwie.- Uśmiechnęłam się nieznacznie.

-Czy używałaś już mocy żywiołów?

-Nie.

-Żeby udało ci się opanować wodę, ogień, powietrze i ziemię, musisz stać się jednością z duchową stroną. Czy miewasz prorocze sny lub wizje?

-Nie.

-Zaczniemy od czegoś prostego. Połóż ręce na kolanach, zamknij oczy i oddychaj głęboko.- Wykonałam polecenie, czując, jak moje mięśnie się rozluźniają. Pozytywna energia opanowała moje ciało.- Wyobraź sobie jezioro z przejrzystą taflą wody, w której widzisz swoje odbicie.Odrzuć to, co powierzchowne, zobacz swoje wnętrze.Pokaż swoje prawdziwe oblicze.- Przez godzinę nic się nie wydarzyło. Zaczęłam być zirytowana, aż w końcu wstałam i wyszłam z trzaśnięciem drzwi. Zachowałam się jak małe dziecko, ale nie dawałam rady. W pewnym momencie zasłabłam. Przytrzymałam się półki, aby nie upaść. 

-Pomogę ci.- Złapał mnie Nathan.

 - Dam radę sama. 

-Okej.- Odszedł trzy kroki w tył. Puściłam mebel, ruszając w stronę pokoju, jednak zachwiałam się pod wpływem silnych zawrotów głowy. Mężczyzna wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko.

 – Jesteś uparta jak osioł.- Zaśmiał się krótko. Myślałam, że gdy tylko będę bezpiecznie leżeć pod ciepłym kocem, wyjdzie, zostawiając mnie samą sobie, lecz został, rozpalając ogień w przygasającym kominku. 

  -Czy John wiedział?

-O czym?

-Wiesz, o co pytam.

-Nic nie wie. Nasze zgromadzenie zabrania zdradzania swoich zdolności innym istotom z naszych gatunków. Wiesz, mogliby to wykorzystać, chociaż nie wydaje mi się, żeby mój alfa taki był.

-Rozmawiałeś z nim?

- Dzwoniłem dzisiaj podczas polowania. Bardzo rozpacza i przeżywa wasze rozstanie. Bredził coś, że nie chce złamać obietnicy. Wierzy w twój powrót. 

-Jeden problem z głowy.- Westchnęłam. 

-Czy ty uważasz go za problem?- Mówił spokojnym tonem, mimo to widziałam złość w jego oczach.  

- Nie o to mi chodziło.- Powiedziałam cicho, próbując wybrnąć z sytuacji.

 – Więc o co ?- Warknął przeciągle, wbijając pazury w krzesło, a potem rzucił nim w kąt pokoju. 

-Chcę do niego wrócić, choć przez tyle lat usiłował mnie zabić. Przecież jest moją bratnią duszą. Nie mogę powiedzieć, że go kocham, ale bardzo za nim tęsknię. Chciałabym spędzić z nim trochę więcej czasu, bo boje się nigdy go nie zobaczyć. Mogę zginąć w każdym momencie.

-Przepraszam złota wilczyco.- Schylił głowę, upadając na kolana.- Nie powinienem. Moje zachowanie było karygodne, luno.

  – Nic się nie stało. Źle się wyraziłam. Wstań, proszę- Podniósł na mnie wzrok, ale zaraz go spuścił.- Nie rozumiem cię, raz jesteś odważny, nie przejmujesz się tym, co mówię, a za drugim jesteś potulną owieczką. 

-Właśnie mnie obraziłaś. Mogę ci to wybaczyć, jeśli jutro o piątej rano stawisz się na treningu.

-O piątej rano?- Jęknęłam, chowając głowę pod kołdrę.- Nie ma mowy. Nie wstanę.

-Będziesz musiała. Jeżeli spóźnisz się, choćby pięć minut, trening zostanie przedłużony.

-Wstań z tej podłogi i o wszystkim zapomnij.- Odpowiedziałam.

- Nie próbuj mnie przekonywać. Możesz być moją luną i wybawicielką, lecz na razie jestem twoim mentorem.- Pogroził mi palcem. Chciałam podnieść się z łóżka. Musiałam przeprosić Leye, ponieważ moje zachowanie było niestosowne. Nie zdążyłam położyć stopy na podłodze, gdyż Nathan znalazł się koło mnie, przytrzymując ręką w łóżku.

 Muszę pójść do pokoju medytacji.

-Nigdzie nie idziesz. Najlepiej idź spać, postaram się zostać z tobą do czasu twojego przebudzenia.- Usiadł na ostatnim krześle, przy kominku z książką w ręce. Z zawziętością przemierzał wzrokiem po literkach, czasem powstrzymując się od śmiechu. Wyglądał uroczo, niczym artysta, który nie potrafił odnaleźć się w świecie rzeczywistości. Nawet nie zauważyłam, kiedy pochłonął mnie mrok, przenosząc w nieznane miejsce.

Stałam na skale, patrząc na wodospad. Czułam wiatr we włosach oraz wolność. Biała przewiewna sukienka unosiła się pod wpływem zimnego powietrza, tworząc gęsią skórkę na moich ramionach. Czekałam na Arie, jednak ona nie przychodziła, zamiast tego biały księżyc zamienił się w czerwony. Woda podburzyła się, płynąc z jeszcze większą zaciętością. Usłyszałam głośny krzyk z głębi lasu, coś przebiegło przez gęstwinę, wyłaniając się naprzeciw mnie. Dwa wilki zamieniły się w ludzi. Nathan i John stali przede mną jak zahipnotyzowani. Uczucie rozdarcia zmieszanego z dezorientacją rozprzestrzeniło się po moim ciele.  

 – Musisz wybrać Madison. Ktoś z nich zginie. 

 – Dlaczego? Przecież nic nie zrobili. Dlaczego mam wybierać? Po co?

 -Musisz wybrać Madison. Ktoś z nich zginie.

 -Ario, o co chodzi ?!- Byłam roztrzęsiona. Kompletnie nie rozumiałam sytuacji.

 - Jeden z nich przeżyje.

 - Jak mam wybrać ? 

 - Sama powinnaś to wiedzieć. Wszystko zależy od ciebie. Zrób to szybko, bo on czeka. Masz mało czasu. 

 -Kto?!

 -Księżyc.- Więcej się nie odezwała. Zniknęła bez śladu, zostawiając mnie samą. 

-Zostaw ich w spokoju, przecież nic ci nie zrobili. Nie masz prawa ich zabijać!- Krzyknęłam.

 – Skończył ci się czas.- Powiedział męski głęboki męski głos.- Decyduj szybciej.-Nathan padł na kolana, łapiąc się za szyję. Jego oczy zmieniły kolor na żółty, po czym wstał, ruszając do krawędzi. Nasze spojrzenia się spotkały. Próbowałam podbiec, uchronić go przed niebezpieczeństwem. Byłam bardzo blisko, ale silne ramiona Johna złapały mnie w tali.

-Puść mnie, muszę mu pomóc.- Szarpałam, drapałam i gryzłam. Alfa stał niewzruszony. W stanie głębokiej hipnozy.- To twój beta!- Z piersi Nathana wyrwał się potężny ryk. Rzucił się w dół wodospadu, ostatni raz patrząc na mnie dzikimi oczami.- Dlaczego?

-Ktoś musiał umrzeć, kochanie. Nie czuj się winna, to wszystko przez księżyc.- Upadłam na kolana, płacząc, a John usiadł przy mnie, szepcząc pocieszające słówka. Wszystko było rzeczywiste, dlatego nie miałam pojęcia czy śniłam. Niczego nie byłam pewna. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie jezioro.

-To tylko sen Madison.- Próbowałam uwolnić się od ponurej wizji. Obraz rozmył się, dając ukojenie. Miałam nadzieję, że nigdy tu nie wrócę. 


WyjątkowaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz