Rozdział 9

180 16 1
                                        

Perspektywa Madison

Minął tydzień, przez który uczyłam się panować nad instynktami. Szło mi coraz lepiej, ale każdego dnia John wymyślał nowe wyzwania. Jego metody były drastyczne, jednak ich skuteczność nie ulegała wątpliwości. Dzisiaj miałam wyruszyć w swoją upragnioną przygodę. Czułam smutek na myśl o opuszczeniu tego domu. Jakaś część mnie wolała zostać na miejscu, wieść spokojne życie i czuć się bezpiecznie. Natomiast ta bardziej drapieżna chciała uciec, w poszukiwaniu niebezpieczeństw. Spędziłam z nim cudowne chwile. Uśmiechnęłam się na wspomnienie czwartkowego wieczoru. Oglądaliśmy ,,Fast and furious", John był tak zafascynowany nielegalnymi wyścigami, że nie zwracał uwagi, kiedy rzucałam w niego popcornem. Patrzył w ekran z rozdziawioną buzią. Pokręciłam głową w rozbawieniu, szukając go wzrokiem. Stał na werandzie z założonymi rękami. 

-O czym myślisz?- Dopiero gdy usłyszał pytanie, wydawał się wrócić z nieznanego mi miejsca.

-Nie chcę, żebyś odchodziła cheri, ale obiecałem. Nie mogę złamać słowa.- Jego wypowiedź była przesiąknięta głębokim smutkiem. Bał się, że nie wrócę, może nawet był pewien. 

-Bez względu na to, co odkryję, zawsze będziesz częścią mnie. Daj mi rok, tyle powinno wystarczyć, abym odkryła kim jestem.

-Dobrze, wejdźmy do środka, zrobiło się chłodno.- Próbował zmienić temat, ale czułam żal zmieszany z wątpliwością.- Nathan idzie z tobą.- Otworzyłam szeroko oczy.

-Twój beta ma być moją niańką? Chyba sobie żartujesz! Nigdzie z nim nie pójdę, nie lubię go.- Skrzyżowałam ręce na piersiach. 

-Zachowujesz się jak dziecko.- Pokazałam mu język, na co przewrócił oczami.- Robię to dla twojego dobra, nie potrafisz nad sobą panować w takim stopniu, w jakim bym chciał.

-A właśnie, że potrafię!- Syknęłam. John śmiał się do łez, byłam pewna, że nie zmieniłam jego zdania, więc opuściłam ręce wzdłuż tali w geście kapitulacji. 

-Daj spokój cheri, przed tobą jeszcze długa droga. Nathan jest dobrym nauczycielem.- Spojrzałam na niego spod byka.

-Niech ci będzie. Idę się spakować.- Weszłam obrażona do sypialni i trzasnęłam drzwiami. Usłyszałam warknięcie, ale nie wypowiedział ani słowa. Miałam nadzieję, że zirytuję go, chociaż w małym stopniu. Wzięłam plecak, który leżał koło łóżka, bez pośpiechu wkładając ubrania do środka. Sporo spraw zaprzątało moje myśli. Zastanawiałam się, dlaczego od tygodnia nie miałam żadnych wiadomości od Arii, a kiedy próbowałam do niej dotrzeć, jakaś niewidzialna siła odrzucała mnie od tego pomysłu. Czasem John traktował mnie jak pięcioletnie dziecko, a moje zachowanie nie pomagało zmienić jego zdania. Potrzebowałam wilczycy, bo tylko ona rozumiała moje emocje, mimo że mogłaby się z nimi nie zgadzać. Wyjrzałam przez okno, by upewnić się, że pogoda w ciągu ostatnich minut nie uległa zmianie. Zauważyłam Nathana zmierzającego w kierunku naszego domu, więc zarzuciłam plecak na jedno ramię i wróciłam do salonu. Mój mate wylegiwał się na kanapie, wyglądał, jakbym przebudziła go z chwilowej drzemki.- Twój przyjaciel wejdzie tu za trzy, dwa, jeden.- Przez drzwi wpadł zdenerwowany beta.

-Nawet nie uwierzysz, co zrobiły te szczeniaki.- Zachichotałam, a John wyszczerzył się w jego stronę.- O co wam chodzi? Nie irytujcie mnie jeszcze bardziej.- Wyciągnęłam ręce do góry i poszłam zrobić kolacje.- Małe bachory myślą, że wszystko im wolno! Mam tego dość! Zniszczyli cały trawnik, po prostu rozkopali jak jakieś psy!- Nie mogłam wytrzymać, oparłam łokcie o blat, zanosząc się niekontrolowanym śmiechem.

- Współczuję twoim przyszłym dzieciom, tobie w jakimś stopniu też.- Gdy tylko się uspokoiłam, skończyłam krojenie pomidorów i ułożyłam wszystko na talerzach.- Chodźcie zjeść, musimy niedługo ruszać.- Mężczyźni usiedli przy stole, od razu biorąc po dwie kanapki w ręce. 

-Wiesz w ogóle gdzie mamy iść?- Powiedział Nat z pełną buzią.

-Nie, ale mam nadzieję, że ktoś mi w tym pomoże.- Odparłam. Zauważyłam błysk w jego oczach. Dziwne przeczucie zawładnęło moim ciałem, wywołując dreszcze. Było w tym coś nietypowego, coś niezwykłego. 

-Cheri, obudź się.- Pomachał mi ręką przed twarzą, wyrywając z zadumy.- Nathan już wyszedł, nawet nie zauważyłaś.- Wzruszyłam ramionami.- Czeka na ciebie pod domem, dał nam czas na pożegnanie. Podejdź do mnie.- Zrobiłam tak, jak powiedział i po chwili tonęłam w jego ramionach.- Kocham cię, pamiętaj o tym.- Pocałował mnie w czoło, nos, oba policzki, a potem nadszedł wyczekiwany moment, poczułam jego usta na swoich.- Idź cheri, nie chcę się rozmyślić.- Puścił mnie, dając chwilę na zmianę zdania, ale kiedy zobaczył determinacje na mojej twarzy, całkowicie stracił nadzieję.

- Żegnaj, mon chou.- Wychodząc z domu, nie odważyłam się spojrzeć przez ramię na mojego alfę. Bałam się, że zawrócę i chociaż moje serce było rozdarte, musiałam ruszyć do przodu. Byłam potrzebna w innym miejscu, czułam to całą sobą.

-Gotowa?

-Tak.- Westchnęłam- Pożegnania są trudne. 

-Wiem, a teraz idź za światłem.

-Jakim...- Nie zdążyłam dokończyć zdania, ponieważ przede mną pojawiła się mała słoneczna kulka.- Nat, ale...- Mężczyzna zniknął bez śladu. Nie miałam innego wyboru, musiałam ruszyć za jego wskazówką.  

WyjątkowaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz