Rozdział 10 - Liar, liar

585 41 1
                                        



Gdyby usta miały smak miodu, przechadzałbym się po nich palcami i z rozkoszą oblizywał opuszki. Gdyby opiewał je zapach konwalii skropionych rosą, zamykałbym oczy i wchłaniał słodkawą woń. Ale nie musiałem tego robić. Nie, dopóki marzenie ust w lekkich drganiach rozchylało się pod moimi. Nie, dopóki słodycz pocałunku z Viv wisiała nad naszymi głowami. Zamroczyła powietrze i oddychaliśmy tylko oparami romantycznego szaleństwa.

-Nic nie mów - poprosiłem szeptem. - Właśnie sam próbuję sklecić coś sensownego. Ale to jest jedynym, co przychodzi mi do głowy.

I pocałowałem ją raz jeszcze, krótko i zachłannie, wiedząc, że odepchnie mnie strachem. Czmychnęła spod mojego ciała, więc zostałem oparty na kolanach, oddychając jak lokomotywa parowa, donośnie i pod ciężarem kilogramów stali na ramionach.

-Nie rób tego więcej - poprosiła roztrzęsionym głosem; wciąż leżała płasko na rozgrzanych do czerwoności kaflach, ich obrzeża płonęły, a ona wraz z nimi. - Nigdy więcej.

Moje nieme pytanie zastygło w powietrzu; wstrzymał je ruch obcej dłoni na klamce. Naraz w łazience tętniło życiem: nie było nas dwoje, ale troje - nasz duet pomiędzy łączeniami kafli i David w pochyle; jego tors wchodził już w skład łazienki, a nogi wciąż opierały się w progu.

Viv usiadła powoli pod ścianą, chwytając powietrze jak topielec. Jej pierś poruszała się impulsywnie, podskakiwała wraz z krótkimi łapczywymi oddechami. Zainteresowały mnie dwie niewielkie perełki opinające podkoszulek w cienkie poprzeczne pasy. Łagodny przedziałek uśmiechał się do mnie spod półokrągłego dekoltu. Gdybym mógł ucałować i te dwa obłoki. Ale dopiero rozpocząłem przecieranie dziewiczego szlaku jej ciała. Przede mną długa droga, którą podzielę na raty, by rozkoszować się nią jak ciepłem lata: powolny dzień po dniu.

Pod ramieniem Davida zahaczonym o futrynę w drzwiach rozciągała się ogromna przestrzeń. Wystarczająco duża, by Viv przemknęła, przedarła się przez nią. Smuga zapachu i cień, jaki za sobą rozsiała - tyle zostało po wspomnieniu ust splątanych z ustami. Potrzebowałem szwów; rozerwała mnie bowiem nić, która popękała razem z szaleńczą prędkością Viv.

-Gdybyś zamknął drzwi - powiedział wstawiony David - nie przerwałbym wam. - Wszedł, kołując jak samolot w chwili lądowania. - Swoją drogą, poważnie coś między wami było? Dotknąłeś cnotkę niewydymkę?

To pierwszy raz, kiedy wódka uratowała mi tyłek. Pytania Davida kryły się za gęstą mgłą. Gdyby doskwierała mu trzeźwość, mój dom byłby komisariatem, a łazienka pokojem przesłuchań.

-Nie mów tak o niej - zaprotestowałem. - I nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.

-Nic w nic nie wtykam - wybełkotał. - Jedynie grzecznie zapytałem, dlaczego ta mała leżała przerażona na podłodze i dlaczego ty wisiałeś nad nią jak stary zbok.

Ale pytanie Davida nie oczekiwało odpowiedzi i podczas kiedy sam klęczałem jeszcze w drgawkach, rozpiął spodnie i na chwiejnych nogach próbował utrafić do otwartej muszli. Wymknąłem się przez szparę w uchylonych drzwiach, odgłos ciepłego moczu wpadającego równym strumieniem w wodę był coraz bardziej odległy i ucichł zupełnie, gdy zamknąłem za sobą drzwi.

Z kolei od kolejnych się odbiłem. Potrząsnąłem klamką zdobiącą wejście do pokoju Viv, drzwi jakby przymarzły do futryny i parcie na nie barkiem nie zmiękczyło ich zlodowaciałego serca.

-Viv - powiedziałem łagodnie. - Viv, koteczku, otwórz.

-Nie jestem twoim koteczkiem, rozmawialiśmy już o tym - odparła natychmiast. Musiała opierać się łopatkami o drzwi, bowiem jej głos dobiegł mnie dość głośno i zupełnie wyraźnie. Niemal czułem zapach jej skóry w mieszance z dębowym drewnem.

Made in heavenStories to obsess over. Discover now