Zaskakujące, jak nieograniczoną władzę ma czas. Jego jedynego nie zatrzyma wszelki wysiłek, mozolne próby i starania, bo ilekroć spędzisz godzinę na spowalnianiu go, tej godziny już nie odzyskasz. I pomyśleć, że ta sama zasada wchłonęła osiem ostatnich lat. Upływ czasu wpisał się w nasze twarze i ciała - w niczym nie przypominaliśmy tych chuderlawych chłopców o błyszczących oczach sprzed lat, o iście dziewczęcych rysach i lśniących czuprynach. Stał przede mną mężczyzna postawny, mojego wzrostu, mojej budowy. Również przed nim prężył się facet. Szukaliśmy w sobie tych wątłych cech sprzed wieków, ale połyskiwała wyłącznie mężna teraźniejszość.
-Jason - wypowiedziałem na głos, by przypomnieć sobie brzmienie tego imienia, niegdyś wypowiadanego dzień w dzień, z wyrzutem i pretensją, z pobłażaniem i litością, dziś z nutą, albo z całą linią melodyjną sentymentu. - Jezus, bracie, to... To ty?
-A znasz innego frajera, który dał się namówić na tatuaż z imieniem zawszonego kundla z dzieciństwa?
-Obaj go kochaliśmy. Te tatuaże były naszą wspólną decyzją.
Zawiesiliśmy się na moment, oczy w cieniu oczu, a potem z dziwnie głęboką rozpaczą padliśmy sobie w objęcia. Moje mięśnie obejmowały Jason, jego ugniatały mnie w ramionach. Nie był to zwykły męski chwyt, a braterski uścisk pełen zmarnowanego czasu, pełen rozerwanych w strzępy lat. Poklepałem go po plecach, jak niegdyś, jak tego szesnastoletniego szczyla, którego, niech mnie Bóg pokarze, zostawiłem przed ośmioma laty. Dzielą nas natomiast dwa, wtedy będące przepaścią, urwiskiem kanionu, dziś jedynie wpisem w dowodzie. Podobieństw było bez liku, rozświetlone nawet w cieniu nocy, ale i szczypta różnorodności. Niemniej jednak widziałem w nim siebie i widziałem naszego ojca - słowem: geny Bieberów wrosły w jego skórę.
-Jaki świat jest mały. - Zmierzwiłem włosy. - Jaki świat jest mały, do cholery - powtórzyłem radośnie, bo i do radości były powody. Powrót braci marnotrawnych w swoje ramiona.
-Jednak to, że jesteś moim bratem, nie zmienia faktu, że zmasakrowałeś mi samochód.
-Ja tobie? - wzburzyłem się. - Spójrz, kto komu wjechał w maskę.
-Chłopcy, jeśli mogę wtrącić słówko, w dalszym ciągu stoimy po środku skrzyżowania. Macie szczęście, że jest środek nocy. W przeciwnym wypadku z waszych samochodów zostałaby miazga, sterta zgniecionego żelastwa.
-Ten twój uroczy koteczek dobrze mówi. Zwijajmy się stąd. Proponuję piwo, za rogiem jest całkiem przytulny pub.
Nie śniło mi się odmawiać - komu: bratu?, po ośmiu latach rozłąki? Wróciliśmy do samochodów i wycofaliśmy z wolna. Jęk zmiażdżonej blachy omal nie wycisnął ze mnie szczerych łez przywiązania i straty. I niewątpliwie uroniłbym parę, gdyby nie obecność Viv i gdyby nie mój wstyd względem wzruszeń błahostkami. Ostatecznie jednak blacha wyszła z zazębienia w blasze i w tych rozpaczliwie dramatyzujących autach dotarliśmy pod zaludniony pub.
-Uroczy koteczek - żachnęła się Viv. - Też mi coś.
-Nie zrażaj się do niego. Już jako dziecko było nieco... specyficzny. Nie powiem ci, jaki jest teraz, bo to okaże się dopiero z czasem. Ale charakterku nie stracił. Cięty ma język, zupełnie jak nasz ojciec.
-I jak ty - dołożyła.
-Tym łatwiej będzie ci się oswoić z nim. Uroczy koteczku.
Jason czekał na nas w zagłębieniu kamienicy, oparty o mur, wyłaniając się ze wstęg papierosowego dymu, to znów w nim niknąc. Wyglądał jak ktoś, koło kogo za żadne skarby ówczesnego świata nie pozwoliłbym przejść Viv samej.
YOU ARE READING
Made in heaven
Fiksi PenggemarJeśli pragniesz tęczy, pogódź się z deszczem. Pogodziłem się z deszczem, który obmywa mi głowę; spływa po mnie to co złe i to co dobre. Topię się w deszczowej roli samotnego ojca niesfornej pięciolatki; topię się w jej smutkach i potrzebach; topię s...
