Erick:
Po rozmowie z rodzicami czułem dziwną ulgę, zupełnie tak jakbym zrzucił z siebie wielki ciężar, trudno mi było przyznać się do tylu kłamstw, i chyba już nigdy nie zapomnę oczu matki, które wyrażały czysty zawód oraz słów ojca, które mi wtedy powiedział.
Wstydził się za mnie, nie chciał takiego syna.
Bezdusznego i okrutnego.
Czy rzeczywiście taki byłem?
Sam już nie wiedziałem, co jest dobre a co złe, gdybym mógł cofnąłbym czas, nie wiem czy zaakceptowałbym Mallory, jako moją mate, ale nie ukrywałbym jej. Od początku powinienem był pogodzić się ze swoim przeznaczeniem nawet jeśli się z nim nie zgadzałem, może wtedy uniknęlibyśmy sytuacji w której teraz się znaleźliśmy.
Od zniknięcia Mallory minęły dwa dni, zwiadowcom niestety nie udało się ustalić kierunku, w jakim podążyli porywacze, a jedyne, czego byliśmy pewni to fakt, iż w obozie był zdrajca.
Cichy niepozorny szczur, którego przyjąłem pod swój dach.
William.
Reszta wciąż pozostaje w sferze domysłów jednak najprawdopodobniej brunetka znalazła się w rękach Moultona gdyż jego patrole zniknęły z naszych granic. Dopiął swego a moje stado któro poznało możliwości Stadfort drży na samą myśl tego planuje Victor.
***
Od godziny moje plecy swędzą niemiłosiernie, próbowałem się już drapać na wszystkie możliwe sposoby jednak uczucie nie znika, pozbyłem się już koszuli w nadziei, że chłodny wiatr przyniesie mi ukojenie jednak na próżno.
Zrezygnowany ruszyłem do domu głównego, po czym skierowałem się do gabinetu. Gdy przekraczałem jego próg zatrzymałem się w pół kroku słysząc krzyk:
-Co to kurwa jest?!- Odwróciłem się zdezorientowany, Michael Santez stał za mną i wpatrywał się w moje plecy.
-Co?- Zapytałem nie rozumiejąc, gdy jednak beta nie udzielił mi odpowiedzi wszedłem do gabinetu zamykając za sobą drzwi, niedane mi było jednak zaznać ani chwili spokoju, bo już po chwili do środka wpadł wściekły Michael:
-Dlaczego nic nie powiedziałeś?!
-Ale o czym?- Pytam totalnie zdziwiony.
-Nie rżnij głupa Erick, rozumiem, że możesz nie chcieć Mallory ale ty jesteś naszym jedynym łącznikiem z nią! Jakim prawem zatajasz coś tak ważnego!
-Nie wiem, o co ci chodzi i dobrze ci radzę zmień ton Santez, nie zapominaj z kim rozmawiasz.
-Jak nie wiesz?! Widziałeś swoje plecy! Bo ja znam ten widok aż za dobrze! Jak mogłeś nie powiedzieć, że oni coś jej robią? Ty cholerny egoisto!
-Plecy?
-Masz ślady biczowania North.- Odwarkuje Santez a ja zamieram.
-Mallory.- Szepczę i nagle wszystko zaczyna się układać w jedną logiczną całość, to nie swędzenie, nie alergia, to moja mate cierpi.
-Brawo geniuszu, nagroda idioty roku należy do ciebie!
-Nie pozwalaj sobie Santez, przeginasz.- Cedzę przez zęby.
-To wszystko twoja wina!- Na te słowa nie wytrzymuję, podchodzę i uderzam betę pięścią w twarz.
-Ty śmieciu.- Warczy i rzuca się na mnie, obaj wpadamy na biurko, które pod wpływem dwóch wilkołaków łamie się w pół, Santez mnie przygniata i zaczyna okładać, a ja nie pozostaję mu dłużny.
Szarpiemy się, uderzamy raz za razem słychać już ciche warczenie naszych wilków, które rwą się do walki, zrzucam z siebie Michaela, po czym przyjmuję pozycje do ataku, nim jednak zdążę cokolwiek zrobić do gabinetu wpadają moi rodzice.
Matka widząc pomieszczenie zatyka usta dłonią a ojciec patrzy na nas rozwścieczony:
-Wy jesteście dorośli ja się pytam?! Mało mamy problemów? Zachowujecie się jak gówniarze! Jakby zupełnie was nie obchodziło, ze Moulton dostał w swoje ręce broń, która w kilka sekund może nas pozbawić zmysłów!
-Ta broń ma na imię Mallory.- Warczy Santez.- A ten dupek ukrywał, że oni ją torturują!
-Erick czy to prawda?- Pyta matka surowym głosem.
-Nie, tak, nie wiem. Ja naprawdę nie sądziłem, że to ona, że jeszcze ją odczuwam.- Wyszeptałem odwracając się plecami do rodziców, usłyszałem cichy pisk matki:
-O mój boże, co oni jej robią!- Krzyczy Lilian łamiącym się głosem.
-Erick synu Michael ma rację, powinieneś pamiętać o swoim powiązaniu z dziewczyną, musimy wiedzieć takie rzeczy, każde twoje nietypowe odczucie może pomóc nam ją znaleźć.- Wtrąca się ojciec a ja nie wytrzymuję:
-Dlaczego ty zawsze bronisz tego sadysty?! Zawsze jesteś po jego stronie, nic nie widzisz poza nim.
-Może dlatego, że ty jesteś idiotą. Odrzuciłeś własną mate zamiast dać jej szansę a teraz gdy ją porwali ukrywasz informacje które mogłyby nam pomóc ją znaleźć.- Wtrąca Santez a ja patrzę na niego jadowitym wzrokiem:
-No właśnie, to moja mate, więc spieprzaj stąd.
-Po moim trupie.- Warczy przyjmując pozycję do ataku.
-Chłopcy przestańcie.- Krzyczy matka.- Te konflikty w niczym nie pomagają! Musimy działać wspólnie.
-Nienawidzę cię.- Cedzę.- Wszystko mi odebrałeś, rodzinę, mate, co dalej? Może stado?!
-Sam odrzuciłeś Mallory, to ja z nią mieszkałem, ja się nią zajmowałem, a ty gdzie byłeś? Co North? To ja teraz godzinami uspokajam Elliota, który płacze całymi dniami! Ja! Nie zasługujesz na to by być alfą!
-Zabije cię.- Moje ciało aż drży z wściekłości i nim rzucam się na betę mój ojciec wbiega między nas:
-Błagam przestańcie, jesteście braćmi, tak nie można!
-Mnie z nim nic nie łączy, pieprzony podrzutek! Powinieneś zgnić w tym lesie, żałuję, że ojciec cie znalazł!- Wykrzykuje a moja matka blednie:
-Erick! Natychmiast przestań!
-Niech mówi mamo, pokaż, jakim jesteś alfą! Jesteś nieudacznikiem! Przez ciebie straciliśmy Mallory, a Moulton wyrżnie nasze stado, co do nogi!
-Spieprzaj z mojej rodziny i stada!
-Erick błagam, nie rób tego! Michael to twój brat!- Krzyczy ojciec, na co ja w odpowiedzi cedzę.
-To nie jest mój brat, mam jednego brata i jest nim Cameron North!- Warczę a ojciec wypowiada cztery słowa, które sprawiają, że zarówno ja jak i Santez zastygamy w bezruchu:
-Michael to mój syn.
Data opublikowania:
6 marca 2018
Kto nie spodziewał się takiego obrotu spraw pozostawia gwiazdkę! :)
CZYTASZ
Uratuj mnie
Hombres LoboMallory Stadfort jest uciekinierką. Zostawiła daleko w tyle rodzinę i najbliższych. Ukrywa się, posługuje fałszywymi tożsamościami, nigdzie nie zostaje dłużej niż tydzień. Drży na myśl, że ktoś odkryje jej tajemnice bo wie, że jej dar jest jej przek...
