Mam ochotę napisać do Shawna jak cholernie stresuje się jutrzejszymi walkami. To przecież dwudziestu mężczyzn. Nie wierze, że dałam się na to namówić. W dodatku, jutro zaczyna się szkoła. Jak ja wejdę do szkoły z zapewne podbitym okiem?
- Ale Mel, ja nie jestem w stu procentach tego pewna. - powiedziałam do przyjaciółki. Niedawno wyjechała, bo była u mnie na kilka dni.
- Ja w Ciebie wierzę. Wygrasz te walki! - odezwał się głos dziewczyny, po drugiej stronie słuchawki.
- Oni pewnie będą mieli po trzydzieści lat i będą napakowani jak john cena. A ja w pierwszym dniu szkoły, pokaże się z podbitym okiem, złamanym nosem i zwichniętą ręką.
- Nie będzie tak źle Vivian.
- Ehhh, chciałabym się z tego wycofać, ale nie mogę. Nie chcę zrobić ojcu przykrości. - słysząc mój zrezygnowany głos, dodała
- Oh, dziewczyno. Kto powalił Dougleya Dixona, gdy sadził się do mnie? Ty. Kto ćwiczył całe lata na siłowni? Ty. A więc, kto dzisiaj wygra? Ty!
- Dziękuję. Czasem potrafisz być mniej sarkastyczna i szalona.
- Ale się cieszę, juhu. Poprostu wiwaty.
- I wróciła stara Mel. - zaśmiałam się i zakończyłam rozmowę.
Powolnym krokiem zeszłam z łóżka i kierowałam się do łazienki. Jestem sama w domu, bo ojciec poszedł przygotować ring na moje walki. Jestem tak potwornie zestresowana. Spojrzałam w lustro.
- Czuję, że od jutra wszystko się zmieni. - powiedziałam przyciszonym głosem do swojego odbicia.
Szybko ochlapałam swoją twarz zimną wodą. Zawsze tak robiłam, gdy bardzo się czymś stresowałam. Robiłam to po to, żeby ochłonąć powtarzając w głowie "przecierz nic złego się nie stanie. ojciec na ciebie liczy." Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
Dziwne ~ pomyślałam. Tata miał być wieczorem.
Zeszłam na dół i otworzyłam drzwi. Na ten widok, prawie zeszłam na zawał...
